Przejdź do głównej zawartości

"Ja chyba umieram..." czyli chory facet w domu ;)

Zastanawia mnie jedna rzecz... Nie wiem jak to jest u Was, ale to o czym napiszę odnosi się do każdego faceta jakiego znam :)
Akurat mamy sezon grypowy, dlatego temat jest jak najbardziej na czasie.
Jak to się dzieje, że facet z dzielnego i nieustraszonego pogromcy niebezpieczeństw czyhających na jego ukochaną w przypadku najmniejszego kataru, a już broń boże drobnego bólu gardła zamienia się w rozhisteryzowane stworzenie będące na granicy życia i śmierci? Najpierw ostentacyjnie snuje się po domu, na przemian kaszląc, kichając i parskając, żeby zwrócić na siebie uwagę. Kiedy już osiągnie swój cel, (po dość długich staraniach, bo my kobiety staramy się wytrzymać jak najdłużej niewzruszone, bo wiemy już co nas czeka), przemiana jest natychmiastowa jak przy włączaniu światła. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (swoją drogą chętnie dopadłabym tego, kto ma taką różdżkę :P ) zamienia się z Dr Jeckyll'a w Mr Hyde'a... Zaczyna się marudzenie, że on jest tak bardzo chory, że tak strasznie cierpi, że chce mu się pić, że jest głodny i zjadłby akurat to, czego w domu nie ma, a później mimo wszystko stwierdza, że nie będzie jadł, bo jest chory, biedny i nie ma apetytu, że mu gorąco, zimno, nie ma siły, boli go głowa, gardło, noga, palec... itd itp. Oczywiście zapewnienia o tym, że na pewno nie umrze przyjmowane są z wielkim niedowierzaniem. A co nam pozostaje? Całodobowa opieka na wysokim poziomie (inna nie wchodzi w grę, jeśli nie chcemy nasłuchać się o tym, jakie jestśmy nieczułe na jego cierpienie :P ), zszarpane nerwy, zaciskanie zębów i nadzieja na to, że szybko mu przejdzie i znów wskoczy w swój kostium Supermana :) W końcu lepszy facet biegający w pelerynie i majteczkach na wierzchu ubrania, niż marudząca istota w naszym łóżku ;)
Powodzenia i wytrwałości w sezonie grypowym dziewczyny ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...