Przejdź do głównej zawartości

Matura 2004 :)

Jak dobrze, ze dzis piatek... w pracy mamy ostatnio taki mlyn, ze kiedy rano wchodzimy do biura nie wiemy za co najpierw sie zabierac. Predko poprawy sytacji nie przewiduje, dlatego tez musze zacisnac zeby i robic swoje ze zdwojona predkoscia i przy potrojnym skupieniu, zeby gdzies przypadkiem sie po drodze nie walnac, co w tym stanie rzeczy jest wielce prawdopodobne. Oby jednak sie nie zdarzylo...
Jednak chcialam napisac dzis o czyms innym, co w tej chwili jest bardzo "na topie" :) Bardziej przyjemnym od pracy, co bardzo milo mi sie kojarzy i wspomina. Kwitnace kasztanowce i naglowki gazet przywolaly mi na mysl moja wlasna mature z jezyka polskiego :) Tak tak, dobrze widzicie... mature :) Ze wszystkich moich licealnych lat najlepiej wspominam mature :) Pamietam, ze kiedy dokladnie rok przed moim egzaminem kuzynka stwierdzila, ze matura to pikus (pan Pikus :P ) i ze jeszcze bede sie z niej smiac, mialam ochote ja zamordowac. Wydawalo mi sie to wtedy czyms tak wielkim i trudnym, traumatycznym przezyciem odciskajacym pietno na ludzkiej psychice... Jednak jak czas pokazal matura okazala sie calkiem fajna i do dzis wspominam ja z rozrzewnieneim. Mialam to szczescie zdawac mature jeszcze na starych zasadach, z czego do dzis jestem bardzo zadowolona. Kiedy nadszedl moj maturalny maj z przerazeniem obserwowalam rozwijajace sie liscie kasztanowcow i coraz bardziej peczniejace paki na drzewach. Dni mijaly nieublaganie, a ja mialam wrazenie, ze z kazda uplywajaca minuta wiedza wyparowuje mi z glowy i coraz mniej umiem. 11 maja rano trzeslam sie juz jak osika, choc mojej mamy i tak nie przebije, bo poplakala sie jak wychodzilam z domu i podobno tak bylo przez caly czas kiedy byla w pracy :P Kolezanki az wyganialy ja do domu :) O 8 rano stawilam sie przed sala gimanstyczna wraz z 2 setkami innych osob z mojego rocznika. Czekalismy z coraz bardziej narastajacym napieciem. W koncu przed 9 otworzyly sie drzwi i nastapilo losowanie numerkow. Wylosowalam numer 102 - LAWKE W OSTATNIM RZEDZIE!! :) - kiedy zdalam sobie z tego sprawe pognalam do swojego stolika jak wystrzelona z procy, co bylo dosc trudne w butach na 10cm obcasach :P O 8:55 wszyscy siedzielismy juz na swoich miejscach otworzyly sie drzwi i wszedl nie kto inny jak nasz kochany ksiadz Witek, ktory uczyl nas religii (swoja droga super facet, ktory na naszej studniowce byl gwiazda wieczoru ) :) Pomodlilismy sie, ksiadz wprost dal do zrozumienia komisji, ze ma byc dla nas laskawa i pozegnal nas zdaniem, ktore pamietam do dzis : "Jesli nie bedziecie wiedzieli co pisac, patrzcie na drzewa (za oknem rosly 3 wielkie kasztanowce). Zobaczycie, ze wroci wam natchnienie". Wybila 9:00 i odczytano nam tematy. Mialam ochote skakac z radosci, go jeden z nich byl niemal identyczny jak ten, ktory mielismy na maturze probnej "Obcy wsrod swich. Na przykladzie wybranych tekstow kultury omow problem alienacji bohaterow w czasach, w ktorych przyszlo im zyc". Napisalam wiec jeszcze raz to samo co na probnej :) W trakcie naszego pisania nauczyciele z komisji roznosili napoje. Nasza wychowawczyni podchodzila do kazdego pytajac wymownie "Herbatki??" Sprobowalby ktos odmowic :) Podczas baaardzo powolnego nalewania jej do kubka, zdazyla nas wypytac jak nam idzie, czy wiemy co pisac, co juz napisalismy, co jeszcze bedziemy pisac itd. Po czy przechodzila do kolejnego stolika :) O 14:00 minal czas, napisalam 7 stron, a punktualnie o 14:00 postawilam ostatnia kropke. Jedna z kolezanek byla w trakcie przepisywania ostatnich zdan z brudnopisu, wiec nauczyciel informatyki zaslonil ja przed komisja, zeby nie zabrali jej pracy :)
Oczywiscie wszyscy wyszli z matury bardzo zadowoleni, wszyscy z mojego rocznika wtedy zdali :) Mialam przed soba jeszcze tylko egzaminy ustne, bo z drugiego pisemnego bylam zwolniona :) Ale o tym opowiem moze nastepnym razem.
A po poludniu nasz ksiadz Witek dostal kilkadziesiat SMSow "Dziekujemy za drzewa..." :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...