Przejdź do głównej zawartości

"Badania"

Poniewaz w przyszlym tygodniu mina 3 lata mojej pracy w Firmie, wczoraj zostalam wyslana na badania okresowe do jednej z kilku przychodni w naszym Miescie. Lekarz, do ktorego musialam sie zglosic, to znany w okolicy przekreciarz, kobieciarz (lat 40+), lapowkarz i moim zdaniem kiepski specjalista w swojej dziedzinie. Nigdy nie poszlabym do niego na wizyte z wlasnej woli, no ale skoro Firma ma z nim podpisana umowe na badania okresowe, to nie ma bata. Sila wyzsza. No nic... poszlam. Badania okresowe mialy trwac od 17 do 17:30. Zjawilam sie troche wczesniej z glupia nadzieja, ze moze wtedy szybciej sie zalapie na swoja kolej, ale oczywiscie nic bardziej mylnego :) Poczekalnia byla juz pelna ludzi - glownie facetow. Dalam pani w rejestracji swoje skierowanie, usiadlam i grzecznie czekam. Po okolo pol godzinie pani wola mnie zza swojego biurka i wrecza mi wypelniona karte badan, oczywiscie z zakreslona opcja "z braku przeciwwskazan zdrowotnych, zdolna do pracy na dotychczasowym stanowisku". Ok, fajnie, bardzo mi to na reke, ze jestem zdolna do wykonywania swojej pracy, ale skad ta pani z rejestracji to wie? :) Ot i zagadka. Wrocilam na swoja laweczke i czekam dalej. O 17:40 (czyli juz dawno po czasie) pan doktor raczyl laskawie zaczac wpuszczac ludzi na badania okresowe w swoje jakze skromne progi. Poniewaz bylam 8 w kolejce mysle sobie "no, to moze za jakas godzine wejde". I tu czekala mnie niespodzianka. Wszystkich zdziwilo tempo, w jakim to sie odbylo. Zdziwilo nas do tego stopnia, ze zaczelismy mierzyc czas kazdej wizyty :) Przyjecia pacjentow ruszyly z kopyta i piorunem nadeszla moja kolej :) Dlaczego? Hmm... moze powiem na wlasnym przykladzie :)
ja - Dzien dobry, ja na badania okresowe.
XY - Dzien dobry, prosze bardzo... poprosze karte. Czy ma Pani jakies dolegliwosci?
ja - Nie
XY - Prosze przeczytac ta linijka (i tu pokazuja mi mikrospopijna karteczka z cyferkami)
ja - 1 2 3 4 5
XY - A tu?
ja - 57.
XY - Dziekuje. Czy jest Pani zdrowa?
ja - ???? (hmm... czy ja dobrze slysze?) Yyy... chyba tak.
XY - Dobrze. Prosze sie rozebrac do badania.
"Uff..." mysle sobie "A jednak nie skonczy sie tylko na zadawaniu durnych pytan"
I znow pan doktor postanowil mnie zaskoczyc. Wyjal stetoskop, przylozyl mi go 2 ray z przodu i raz z tylu na 2 sekundy. Pozniej go odlozyl, popukal w bok, klepnal w brzuch.
XY - Mozna sie ubrac,
Po czym szybciutko usiadl do biurka i zaczal klepac pieczatki. A kiedy bylam juz gotowa wreczyl mi moje wypisane juz wczesniej zaswiadczenie i dodal "Dziekuje, to wszystko. Nastepny!"
Calosc - lacznie z wejsciem go gabinetu, zajeciem miejsca na krzeselku, odpowiedziami na jakze blyskotliwe pytania, rozebraniem sie, badaniem (??), ubraniem, podbiciem zaswiadczenia (jaka to oszczednosc czasu jesli pani z rejestracji wypisze wszystko wczesniej) i wyjsciem z gabinetu - zajela mi rowne 3 minuty!!! Ludzie w poczekalni liczyli czas i pobilam rekord poczekalni ;)
Ja rozumiem, ze te cale badania to jest taka sztuka dla sztuki, ale skoro placa mu okolo 50-80zl od osoby (!), tak naprawde z naszych pieniedzy, wiec moglby sie choc troche wysilic i przynajmniej stwarzac pozory, ze probuje kogos naprawde przebadac. Zarowno moja mama, jak i moja tesciowa, na badania okresowe chodza do innej przychodni, do ktorej ja sama jestem zapisana i ZAWSZE maja robione wszystkie wyniki krwi, moczu, mierzone cisnienie itp, itd... A ten wielki "specjalista" MNIE pyta czy jestem zdrowa. No on chyba rozum w domu zostawil, naprawde. O ile w ogole go ma. Zaluje, ze nie odpowiedzialam mu "Pan to powinien wiedziec", ale chyba bylam w zbyt wielkim szoku. Podejrzewam, ze gdybym weszla do jego gabinetu z 4 rekami, 2 glowami i okiem na czole to nawet by tego nie zauwazyl. Ale u niego to sie raczej nie zmieni, bo ow pan doktor "specjalista" jest wlascicielem calej przychodni, wiec sam sobie uwagi nie zwroci... :)
Ach ja naiwna....
P.S. Mam strasznego pietra przed jutrzejszym pierwszym zjazdem na mojej podyplomowce. Mam nadzieje, ze nie porywam sie z motyka na slonce...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...