Przejdź do głównej zawartości

Szkolni znajomkowie

Z góry przepraszam i ostrzegam, że poniższa notka jest generalnie pozbawiona logiki i trudno jest zrozumieć, co autor miał na myśli, ale mam nadzieję, że uda Wam się jakoś to przetrawić. Po prostu nie umiem tego ubrać w słowa w inny sposób i naprawdę nie są to szczyty kfiatushkowych możliwości twórczych :) No ale trudno, niech już będzie tak.

Siostra mojego B. jest teraz na etapie przechodzenia z jednej szkoły do drugiej - kończy gimnazjum, zaczyna liceum. Ma teraz paczkę znajomych ze szkoły, z którymi się trzyma. Urządziłyśmy sobie ostatnio takie babskie pogaduchy i Młoda stwierdziła, że mimo tego, ze wybierają się do różnych szkół, to i tak zawsze będą trzymać się razem. Ot, takie ich postanowienie. Super, tylko pozazdrościć i naprawdę życzę im, żeby to się udało, bo takie długoletnie przyjaźnie, które uda się utrzymać, są naprawdę cenne. Ale przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać jak to było z moimi szkolnymi znajomymi... No cóż. Było to tak...
W podstawówce moja klasa przez 7 lat była strasznie niezgrana, ale zmieniło się to na wakacjach przed 8 klasą (tak tak, należę do roczników uczących się jeszcze wg starego modelu). Nagle ze zbieraniny ludków przekształciliśmy się w klasę z prawdziwego zdarzenia, w której każdy za każdego dałby się pokroić i zawsze wszyscy murem stawali za każdą osobą, która tego potrzebowała. Było naprawdę super, zawiązały się prawdziwe przyjaźnie i miłostki (m.in. moja, ale to temat rzeka na inną notkę jeśli będziecie chcieli :P) Zakończenie roku szkolnego oczywiście było pełne łez i wzajemnych zapewnień, że będziemy utrzymywać ze sobą kontakt. Nie ukrywam - udało się przez kolejne miesiące być w kontakcie prawie z całą klasą, później każdy poszedł w swoją stronę. Do liceum chodziłam z grupą osób z mojej dawnej klasy, z nimi kontakt mam do dziś, ale do całej klasy mam wielki sentyment. Większość osób rozbiegła się po świecie i teraz rzadko kiedy kogoś z nich spotykam. A szkoda...
Klasy z liceum nawet nie wspominam, bo nie warto, poza pojedynczymi osobami nie było tam nikogo, kogo warto wspominać. Także między tymi pojedynczymi osobami po maturze padały wzajemne zapewnienia o utrzymywaniu kontaktu. I co? I nic... Razem z koleżanką 2 tygodnie później spotkałyśmy jedną z takich osób w pobliżu uniwersytetu, na który składałyśmy dokumenty na studia. Osoba ta przemknęła szybko obok nas mówiąc tylko ciche cześć, żeby przypadkiem nikt nie słyszał i zwiała nie zamieniając z nami ani słowa. No i co z tymi zapewnieniami?
Nic... jedna wielka lipa. Tak to chyba jest, że w życiu ludzie pojawiają się na naszej drodze, a później równie szybko znikają. Albo łapią nas za rękę i dalej idą z nami, choć tych jest zdecydowanie mniej. W tej chwili mam swoje grono znajomych (ze studiów i poznanych wiele lat temu całkiem przypadkowo), z którymi regularnie się spotykamy - a to na kawkę, a to na pizzę, piwko czy inne tego typu "okazje". Ale wśród tych kilkunastu osób jest jedna, która dotrzymała danego wiele lat temu słowa. To jedna z moich koleżanek z mojej ukochanej klasy ze szkoły podstawowej :) Nie tylko utrzymujemy ze sobą kontakt, ale w dodatku K. jest moją najlepszą przyjaciółką, choć w czasach szkolnych w życiu bym się tego nie spodziewała. Znamy się już 19 lat, a prawdziwa przyjaźń między nami trwa około 10. I to chyba pokazuje, że jak się chce, to można :) Ale jak wiadomo, do tanga trzeba dwojga. Wiem, że w tej notce brak jakiejkolwiek logiki, bo trudno mi to ubrać w słowa. Ale chodzi mi o to, że dzięki tym doświadczeniom nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy - nie dawać obietnic bez pokrycia. Nie obiecywać komuś czegoś wiedząc, że i tak nie dotrzymamy słowa. Bo czasami mimo dobrych chęci, coś może się nie udać. A jeśli już coś obiecujemy, to musimy się naprawdę sprężyć, żeby tej obietnicy dotrzymać. Jeśli się nie uda - trudno, ale będziemy mieć czyste sumienie, sie próbowaliśmy. Jestem pewna, że każda z Was może coś na ten temat powiedzieć. Na pewno też słyszałyście takie zapewnienia, z których i tak nic nie wyszło, więc mam nadzieję, że mimo totalnego braku sensu i logiki w tej notce, zrozumiecie co miałam na myśli :)
Nie powiedziałam Młodej tego wszystkiego co wtedy przyszło mi do głowy. Nie chcę jej zniechęcać. Nie wiem, może to błąd, ale niech sama się przekona jak będzie w ich przypadku. Może akurat ich paczce się uda :)))

Komentarze

  1. Moją chyba mogę rzec przyjaciółką jest Olka poznana 11 lat temu jak zaczynałam gimnazjum, drugą mi najbliższą jest Martucha właściwie bliżej poznana 6 lat temu w szkole średniej :), do tej pory utrzymujemy kontakt, mimo zmian jakie dokonały się w naszym życiu do tej pory.

    Najważniejsze, że masz swoją najbliższą koleżankę, nie każdy ma to szczęście prawda? :) a znam takich ludzi..

    OdpowiedzUsuń
  2. hmm no nie było tak źle z tą logiką :D Przynajmniej ja zrozumiałam wszystko co autorka miała na myśli :D

    No często jest tak, że jakaś tam grupa, paczka obiecuje sobie, że będzie trzymać się razem.. Najzwyczajniej w świecie to nie wychodzi, a to nie dlatego, że chęci brak, a pewnie dlatego, że każdy zaczyna mieć coraz więcej obowiązków, czy też wyjeżdża do innego miasta na studia.

    Zaczyna nową szkołę, poznaje więc nowych znajomych z którymi ma bliższy kontakt, a to dlatego, że jest z nim codziennie.

    Ja mam jedną przyjaciółkę, z którą przyjaźnie się od gimnazjum. Mimo, że studiujemy w innych miastach to i tak w miarę naszych możliwości się spotykamy. Reszta się wykruszyła, ale no cóź.. myślę, że taka kolej rzeczy jest.

    Ze szkoły średniej posiadam dwie i nawet teraz z nimi studiuję :)

    Zawsze wśród tłumu wyłowimy tą osobę z którą będziemy się trzymać dłużej i stworzymy swoją pracą piękną więź :):)

    OdpowiedzUsuń
  3. No ja miałam to samo ze znajomymi z gimnazjum i podstawówki, bo teraz tych z którymi mam kontakt mogę policzyć na palcach jednej ręki tak naprawdę. No jest to troszkę przykre, że wiele ludzie sobie obiecują a później nic z tego nie wychodzi i masz racje, nigdy nie dawać obietnic bez pokrycia, bo później tylko są rozczarowania.
    No mam nadzieje, że Młodej jednak się uda :)
    Ja sama mam przyjaciółkę którą znam i przyjaźnię się z Nią przeszło 10 lat już i choć nie raz Nasze drogi się rozchodziły zawsze wracamy do siebie i razem się trzymamy czyli można :) i nie tylko Ty jesteś takim przykładem, że jak się chce to można :)

    Pozdrawiam Ciepło : ***

    OdpowiedzUsuń
  4. MAcie rację, taka chyba jest kolej rzeczy

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie też wszystkie te zapewnienia dawnych składów z różnych szkół do których chodziłam kończyły się klapą...
    Chętnie poczytam o tych miłostkach Twoich :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja nie wierzę w te szkole przyjaźnie, raczej z własnego doświadczenia. Wiem, gdy przechodziłam z gimnazjum do technikum, wiele sobie wzajemnie obiecaliśmy, że się będziemy spotykać, a tak naprawdę każde poszło w swoją stronę, z natłokiem pracy i tyle. Oczywiście różnie to bywa, u mnie się jednak nie powiodło. Nie żałuję, teraz mam innych znajomych, o tamtych pomału się zapomina. Ot, czasami zwykły SMS: "Co u Ciebie?", cóż... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Moim zdaniem... Jak się chce, to można... Dla chcącego nic trudnego... Wiadomo, z wiekiem coraz ciężej wygospodarować czas na takie spotkania... Ale jeśli komuś bardzo zależy, to się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj chyba każdy z nas ma taką historię ;)
    Zawsze są zapewnienia, obietnice, łzy na koniec szkoły a potem jedno wielkie NIC z tych obietnic...
    U mnie było podobnie. Miałam jedną koleżankę, z którą od 6 m-ca życia do końca gimnazjum, byłam najpierw w tym samym żłobku, potem przedszkole, klasa w podstawówce i w gimnazjum.. Całe życie praktycznie ze sobą, na dodatek mieszkamy w sąsiadujących blokach. I co?
    Od gimnazjum kontakt się urwał, czasami pogadamy jak spotkamy się gdzieś w mieście (mimo że mieszkamy w blokach obok siebie). Nasze mamy częściej się spotykają na kawkę albo winko.. Wstyd. Kiedyś przyjaźnie, znajomości szkolne trwały latami, a teraz..? Każdy taki zabiegany, zalatany, że nie ma czasu wspominać ani pamiętać o starych dobrych znajomych.. To smutne...

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam taką przyjaciółkę od czasu liceum 25 lat. Niczego sobie nigdy nie obiecywałyśmy, nie warto. Przyjaźń jeżeli ma trwać to przejdzie wszystkie burze i właśnie to będzie świadczyć, że jest prawdziwa. Czas rozdziela wszystko ale kiedyś pojedziesz tak jak ja na zjazd klasowy 10, 20, 25 lecia i są to takie momenty, że wydaje ci się, że z twoją klasą nigdy się nie rozstałaś. Pozdrawiam Kfiatuszku

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam przyjaciółkę bardzo długo, ale wszystko się rozwaliło przez jej zazdrość, z którą sobie nie poradziła... ;/

    OdpowiedzUsuń
  11. Nabi -> skad ja to znam

    OdpowiedzUsuń
  12. JA miałam super klase w gimnazjum i zawsze będę ich wspominać z sentymentem, natomiast z liceum to szkoda słów. Kontakt mam z kilkoma osobami, tak że zamienimy pare słów jak się gdzieś spotkamy. Bo o wspolnych wypadach nie ma co mówić. teraz mam przyjaciół z którymi nie chodziłam do klasy. I są wspaniali. Starsi ode mnie. Zawsze wolałam towarzystwo starszych. Najwierniejsza przyjaciółką jesst mojaa kuzynka. Więc może dlatego aż tak bardzo nie parłam na nawiązywanie przyjaźni w liceum. Poza tym m. wystarcza mi w zupełności :))

    mademoiselle

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...