Przejdź do głównej zawartości

Krótko po Wszystkich Świętych

Nawiązując do poprzedniej notki chciałam wyjaśnić, że ja lubię 1 listopada jako święto samo w sobie. Nie lubię tylko ludzkiej głupoty i robienia wszystkiego na pokaz - ludzie którzy przez cały rok nie raczą zajść na cmentarz swoich bliskich nagle tego dnia mają przebłysk "pamięci" i chcą pokazać jacy to oni są dobrzy, targając ogromne donice (bo przecież im większa tym lepiej, niech inni widzą, że mają gest) i dziesiątki zniczy (bo liczy się ilość, a nie jakość niestety...). A później zaczyna się pierwszolistopadowy jarmark, czyli wielkie obrabianie dupy wszystkim których znają lub nie znają, pogaduszki na tematy wszelkie, śmichy-chichy i ogólnopolska rewia mody. I nikomu przez myśl nie przejdzie, że to może przeszkadzać osobom, które przyszły NAPRAWDĘ pomodlić się za swoich zmarłych i porozmyślać nad ich grobem. A później ci wszyscy przebudzeni pierwszolistopadowi odchodzą na kolejny rok i nawet "nie ma komu" posprzątać tych uschniętych wielkich doniczek i wypalonych zniczy. Przypomną sobie znowu za rok. jak będą musieli zrobić miejsce na nowe doniczki.
B. i ja zawsze chodzimy na cmentarz nie tylko 1 listopada, ale przez cały rok, jesteśmy tam przynajmniej raz na 2 tygodnie, choć staramy się być o wiele częściej, bo czujemy taką wewnętrzną potrzebę. 1 listopada rano zanosimy kwiaty i znicze, a w południe idziemy na mszę na cmentarzu, później jeszcze raz odwiedzamy wszystkie groby naszych bliskich i staramy się jak najbardziej odciąć od tego całego szaleństwa które toczy się wokół i skupić na tym po co naprawdę przyszliśmy, choć nie zawsze się da. W tym roku było podobnie. Wieczorem poszliśmy na długi spacer na cmentarz. Było już dość późno, bo po 20, ale dzięki temu uniknęliśmy kolejnej tury tłumów i mogliśmy w spokoju pospacerować wśród kolorowych drzew i morza światełek. Było jakoś tak... magicznie i wyjątkowo, jak chyba nigdy dotąd :)
W tym roku na popołudniowej kawie i ciachu u teściowej i u moich rodziców tematem przewodnim wśród rzadko spotykanej części rodziny był oczywiście nasz ślub, momentami stawało się już to męczące, gdy po raz kolejny musieliśmy opowiadać to samo i odpowiadać na te same pytania, ale zacisnęliśmy zęby. Musimy się przyzwyczajać, bo przed nami Boże Narodzenie, Wielkanoc - czyli zjazdy rodzinne, więc znowu będzie ku temu okazja, a później rozwożenie zaproszeń i znowu powtarzanie w kółko tego samego :) Ale cóż... taki urok przedślubnego czasu. I na razie nam to nie przeszkadza :)

Na dzisiaj kończę, a następnym razem opowiem Wam o mojej koleżance z pracy. Może ktoś będzie mógł wyjaśnić pokrętne ścieżki jej logiki i łatwiej będzie mi ją zrozumieć :)

Komentarze

  1. Mnie również irytuje, to obstawianie grobów zniczami i wielgachnymi donicami na pokaz. Potem nawet nie ma komu zwiędłych kwiatów sprzątnąć. Przykre...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja lubię wieczór 1 listopada, bo racja jest wtedy coś magicznego w tych światełkach... tylko irytuje mnie zachowanie ludzi i zazwyczaj chodzę właśnie już wieczorem.

    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja nie znoszę 1 listopada, cmentarzy... Jestem tam bardzo rzadko, jeśli muszę..
    Może to i nie w porządku, ale "wizyty" na cmentarzu nie są na moje siły.. Psychicznie tego nie mogę znieść..

    Ciekawa jestem koleżanki ;)) Czekam z niecierpilwością! ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. dla mnie jest to przede wszytskim dzien kiedy duzo mysle o dziadkach

    OdpowiedzUsuń
  5. tematu ślubu w dzień 1 listopada i u mnie nie udało się uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
  6. 1 listopada dla mnie to jedyny dzień w całym roku, kiedy nie obrażam się na pogodę, gdy pada śnieg i robi się ogólnopanująca chlapa. Wiem, jestem dziwna, ale ja już tak mam po prostu. I nic tego nie zmieni. U mnie to dzień z rytuałem - co roku mamy wszystko poustalane w odpowiedniej kolejności. Kolejność odwiedzania cmentarzy, obiadu, poobiedniej kawy. 6 lat temu, po śmierci mojej babci, dokonała się mała rewolucja w tym rytuale, ale nadal jest to dzień z tradycją.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam podobnie jak Ty, jestem na cmentarzu wtedy, kiedy tego potrzebuję, a nie tylko 1 listopada bo tak trzeba. I doskonale znam zjawisko tej cmentarnej rewii mody. Niektóre kobiety tak walczą o to, by być zauważone, że aż się ośmieszają... no cóż, różni ludzie są :p Ale jak zobaczyłam kobietę 50+ w żółtym ( rażącym :p) płaszczu i zielonych kozakach, to myślałam, że (z całym szacunkiem dla święta) parsknę śmiechem ;] Ale nie tracę nadziei, że kiedyś to się jednak zmieni, a ludzie zmądrzeją ;) Ps. Jak tak napisałaś o tej koleżance z pracy, to przypomniała mi się moja znajoma :p Może chodzi o tą samą? Albo rodzinę :p czekam na szczegóły ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też odwiedzam cmentarz gdy czuję potrzebę,ale jednak w tym okresie cmentarze wyglądają przepięknie zwłaszcza wieczorami :)
    A ludźmi się nie przejmuje, przechodzę obok nich i idę do dziadków...Pomodlić się z nich i "porozmawiać"z nimi...
    A u mnie o dziwo temat ślubu nie jest jakoś specjalnie poruszany :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystkich Swiętych spedziłam po za krajem. Zresztą nawet jak jestem to idę, ale to raczej z obowiązku. To święto przeszło w komercję, wolę pójść w jakiś normalny dzień, chwilę podumać.
    Nie dziw się wasze wesele to teraz najważniejsze wydarzenie dla rodziny. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja wyraziłam zdanie o WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH w swojej notce i w sumie się zgadzamy. Głupie święto, choć z drugiej strony zmuszające do refleksji i zadumy, a to akurat jest piękne.

    Czekam na notkę o koleżance;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Karolina --> akurat dla mnie to nie swieto jest glupie, a ludzie

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie ludzie w tym dniu dobijają ale generalnie idę dla moich bliskich i staram się nie zwracać na to wszystko uwagi... :))

    OdpowiedzUsuń
  13. Nabi --> I o to mi wlasnie chodzilo w tej notce :)))

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...