Przejdź do głównej zawartości

Technicznie i duchowo

W komentarzu pod poprzednią notką Ida prosiła, żebym napisała jeszcze o przygotowaniach do ślubu - zarówno tych "zewnętrznych", jak i "wewnętrznych". No więc sprawy mają się u nas następująco :)

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to w piątek skończyliśmy roznoszenie zaproszeń. W KOŃCU... Powiem Wam, że nie przypuszczałam, że to będzie aż tak wyczerpujące. Prawie 3 tygodnie mieliśmy całkowicie wyjęte z życia. Praktycznie codziennie odwiedzaliśmy jeden lub dwa domy, żeby ze wszystkim się wyrobić jak najszybciej. Tylko 6 sztuk wysłaliśmy pocztą (zagramanicę), a resztę wręczaliśmy osobiście. W zasadzie wszędzie schemat wizyty wyglądał tak samo :) Dzień dobry, czego się napijecie? Może coś mocniejszego - nie, dziękujemy, mamy jeszcze kogoś do odwiedzenia, więc  nie wypada itp. :) Później standardowy zestaw pytań - jak tam przygotowania, czy wszystko już macie, czy się już denerwujecie itd. Po którejś z kolei wizycie zarówno pytania, jak i odpowiedzi znaliśmy już na pamięć i opowiadaliśmy automatycznie, całkowicie wyłączając mózg od jakiegokolwiek myślenia :) Ale przetrwaliśmy i mamy to już z głowy. Póki co potwierdzili prawie wszyscy, tylko kilka osób ma dać odpowiedź później :) Także jesteśmy w szoku, pozytywnym rzecz jasna, bo spędzimy nasz dzień w gronie osób, z którymi chcemy go spędzić i mamy nadzieję, że nikogo nie zabraknie :) super :) Teraz będziemy mieć krótką przerwę do końca maja na złapanie oddechu i zaczynamy załatwiać formalności i dogrywać szczegóły. Zacznie się już taki gorący okres i zapewne na nadmiar czasu nie będziemy narzekać. Już teraz mamy go jak na lekarstwo, dlatego wizja długiego weekendu napawa nas ogromnym optymizmem, bo będziemy mogli porządnie odpocząć. No, ale mimo że było męcząco i jesteśmy umordowani jakby cos nas 10 razy przeżuło i wypluło, to jednak fajnie było odwiedzić tych wszystkich ludzi, bo z większością nie mamy okazji zbyt często się spotykać. A tak przynajmniej była okazja :) Tak więc to zaliczam na duży plus :) A teraz odliczam czas do przymiarki, która już w połowie czerwca :) I coraz bardziej nie mogę się jej doczekać, choć dotąd czekałam dość spokojnie. I coraz bardziej zaczyna docierać do nas, ze to NASZ ślub, bo do tej pory oboje czuliśmy się jakbyśmy szli do kogoś na wesele, a nie na swoje własne :)

No właśnie, skoro mowa o spokoju, to wypadałoby napisać teraz o tej bardziej "duchowej stronie". Powiem tak... Póki co podchodzimy do wszystkiego na całkowitym luzie. Nie stresujemy się, nie denerwujemy, nie zamartwiamy się na zapas czy wszystko się uda, bo to bez sensu i nic nam to nie da, a wprowadzi tylko niepotrzebne nerwy. A po co nam to? Nawet jeśli coś pójdzie nie do końca po naszej myśli, to i tak będzie najpiękniejszy jak dotąd dzień w naszym życiu i już! :) Inna opcja nie wchodzi w grę :) Nie oznacza to jednak, że nie myślę o tym jak to będzie jak już nadejdzie na magiczna data. Coraz częściej śni mi się sam ślub lub wesele, ale nie pod znakiem tego, ze coś tam się nie udało czy coś, po prostu sam przebieg, jakbym oglądała film z czyjejś uroczystości. Często myślę też o tym jak przeżyjemy 2 momenty tego dnia - błogosławieństwo (gdzie nasze mamy będą ryczeć i obawiam się, że tato też, choć jednak wolałabym, żeby dopadła ich głupawka i żeby zaczęli się śmiać, bo i tak bywa :) i byłoby nam łatwiej to przeżyć i się nie rozmazać przed wyjściem do kościoła :P) oraz podziękowania dla rodziców (tutaj to już na bank wszyscy będą ryczeć). Znalazłam mnóstwo różnych pięknych tekstów (uzbierało się kilka stron w Wordzie), które teraz trzeba skleić i jedną sensowną całość. Tak... a później trzeba to będzie przeczytać rodzicom. I obawiam się, że będę miała kluchę w gardle. B. broni się rękami i nogami przed czytaniem, bo mówi, że nie da rady, ale trudno - ja sama męczyć się nie będę. Jak mamy wyć to wszyscy, a co! ;) Ja sama przy szukaniu tych tekstów w internecie miałam tak ściśnięte wnętrzności i mokre oczy, że masakra, a co dopiero będzie się działo jak trzeba będzie wystąpić? Aż boję się myśleć. Ale cóż... tyle ludzi już to przeżyło, że i my jakoś przeżyjemy. Jeśli ktoś zna jakiś dobry sposób, to czekam na sugestie :) Oboje naprawdę coraz bardziej cieszymy się na ten ślub. Wiele osób może powiedzieć "co tam taki ślub, przecież to tylko papierek". Hmm... dla nas ten "papierek" i sakrament przyjęty w kościele ma duże znaczenie. Nie prawne, ale właśnie takie bardziej duchowe. Będziemy związani ze sobą przed Bogiem i będziemy pielęgnować  to nasze małżeństwo we wszystkich dobrych i złych chwilach. Na pewno nie raz będzie nam ciężko, ale cała sztuka polega na tym, żeby przetrwać każdą burzę po każdej burzy wychodzi w końcu słońce :)

Komentarze

  1. Dziękuję Kochana, że uwzględniłaś (po raz kolejny) moją propozycję :) Przeczytałam jednym tchem:)

    Dobrze, że się nie stresujecie na zapas. Fajnie, że Wam obojgu zależy na tym samym - by uczcić Waszą miłość przed ołtarzem w gronie najbliższych osób i dobrze się przy tym bawić:) To Wasz dzień!:)

    Co do podziękowań dla rodziców - mam dla Ciebie sugestię. Jeśli dla Was obojga jest to tak wzruszająca chwila (co jest całkowicie zrozumiałe) to może skorzystacie z ostatnio popularnego trendu, mianowicie by nagrać 3-4 minutowy film, w którym pięknie podziękujecie rodzicom, a w dzień ślubu, w odpowiedniej godzinie 'puścicie' projekcję, a po wszystkim wręczycie to co macie zaplanowane. Oszczędza to już i tak dużego stresu w tym dniu. A do tego efekt jest piękny. My właśnie zamierzamy tak zrobić z naszym kamerzystą na jakiś czas przed weselem.

    A tu przedstawiam Ci cudowny przykład - http://vimeo.com/27236787 Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. my nie bedziemy miec kamerzysty, bo nie chcemy i raczej pojdziemy na zywiol :) Musimy tylko jakos pokonac wzruszenie :)

      Usuń
    2. Ooo my też nie mieliśmy kamerzysty. Mamy tylko zdjęcia.
      A dziś taki dzień, że dzieciaki od rana w kółko je oglądają ;-)

      Usuń
    3. Stwierdzilismy, ze wolimy miec mnostwo zdjec i albumy, do ktorych na pewno bedziemy czesciej wracac niz do filmu. Poza tym na pewno kilka osob przyjdzie z kamera, wiec te najwazniejsze momenty jak przysiega, pierwszy taniec czy oczepiny zostana nagrane i taki skrot nam w zupelnosci wystarczy :)

      Usuń
  2. Pochłaniam te Twoje ślubne notki tak, że byłam szczerze zdziwiona, że notka się skończyła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo mnie to cieszy, bo czasami boje sie publikowac notki na ten temat, zeby Was nie zanudzic :)

      Usuń
  3. U nas jak wiesz też nie będzie kamerzysty :) Widzę,że coraz więcej par od tego odchodzi :)
    Aaaaa u mnie już zostały 2 miesiące... Równiutkie 2! Ranyyyyyy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo prawda jest taka, ze czesciej wraca sie do zdjec niz do filmu. A po drugie ludzie zachowuja sie naturalnie, gdy nie stoi nad nimi ktos z kamera.

      Usuń
  4. Najważniejsze, że podchodzicie do tego wszystkiego JESZCZE na spokojnie. Spokój to podstawa:) No i że praktycznie niewiele wam zostało, ale jak ruszy machina to na dobre.
    Rzeczywiście - podziękowania dla rodziców są MEGA WZRUSZAJĄCE! Musicie sobie poradzić - wzruszające, ale piękne... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. My również nie mieliśmy kamerzysty, aczkolwiek po trochu filmował wujek, brak czy szwagier i film jednak jest. Nie jest to profesjonalny film ale jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no i u nas pewnie bedzie podobnie, bo na pewno ktos przywlecze ze soba kamere.

      Usuń
  6. Kfiatuszku to już tuż tuż. Przygotowania wymagają dużo pracy i są stresujące, ale opłaca się jak najbardziej. To nie tylko papierek, a szczególnie gdy chodzi o wierzących. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak, zgadzam sie z Toba w 100%

      Usuń
  7. My dopiero w niedzielę zakończyliśmy zapraszanie gości. U nas trwało to dłużej, bo Narzczon na zmiany pracuje i były takie tygodnie, że nikogo nie odwiedziliśmy, a były takie, że codziennie kogoś. U nas te wizyty nie były tak standardowe jak napisałaś u Was. Oczywiście, że u jednych byliśmy krócej, u innych dłużej, ale rozmawialiśmy nie tylko oweselu. No ogólnie było miło, ale bardzo fajnie, że już się skończyło i mamy to z głowy.
    I przestałam się stresować jak narazi eprzynajmniej.
    My też uważamy, że jak coś wyjdzie trochę nie tak to trudno-świat się nie zawali.
    A o znalezieniu podziękowań dla rodziców w necie nie myślałam-myślałam by coś swoimi słowami powiedzieć, ale chyba zerknę co tam można w sieci znaleźć-dzięki za podpowiedź.
    My tylko mamy problem-bo ani moja mama (bo jej się źle kojarzy z weselem siostry) ani J (przez głupiego ojca) nie chcą żeby na podziękowaniach była piosenka "Cudownych rodziców mam..."-no i dobrze, bo taka oklepana , bez polotu. Ale problem-jaka piosenka w zamian??? Pomyślała, że może bez piosenki-podziękkować i tyle?? No nie wiem-porozmawiamy jeszcze z orkiestrą może coś podpowiedzą.
    W końcu dodałam Cie do mojej listy blogów więc na bieżąco będę śledzić co się u Ciebie dzieje;)
    pozdr i buzki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My tez nie rozmawialismy tylko o weselu, ale nie da sie ukryc, ze byl to jednak temat wiodacy :)
      najlepiej chyba bedzie poradzic sie zespolu, na pewno beda mieli jakies inne piosenki do wyboru. Zawsze mozesz tez poszukac w internecie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...