Przejdź do głównej zawartości

Z powrotem na włościach

Wróciłam :) Długo mnie nie było, ale już jestem :) Nadrobiłam zaległości na Waszych blogach, nie komentowałam, ale przeczytałam wszystko i jestem już na bieżąco :)

Postaram się w skrócie napisać co się u nas działo, bo nie za bardzo mam czas na pisanie.

Najpierw Święta...
Jak zawsze minęły w zawrotnym tempie. W piątek tradycyjnie byliśmy z B. na wieczornej drodze krzyżowej, wróciliśmy do domu około 1 w nocy, ale jak co roku byłam pod ogromnym wrażeniem. Idzie się u nas po ulicach miasta, w tłumie ludzi, ministranci niosą z przodu mnóstwo pochodni i brzozowy krzyż. Jest nie tylko nastrojowo, ale przede wszystkim refleksyjnie. W sobotę z samego rana pobiegłam do kościoła z koszyczkiem, a później razem z B. kończyliśmy przygotowywania do świąt. W tym roku śniadanie wielkanocne było u nas, dlatego wszystko musiałam mieć dopięte na ostatni guzik :) Pyszny żurek, pieczona biała kiełbaska i inne smakołyki wyjątkowo mi się w tym roku udały. A może to dlatego, że u siebie własnoręcznie przygotowane potrawy smakują całkiem inaczej :) Naprawdę jestem z siebie dumna :) Przyszli do nas moi rodzice, teściowa i Młoda i naprawdę mogę powiedzieć, że było fajnie. Po południu planowaliśmy wybrać się na spacer, ale pogoda skutecznie popsuła nam szyki. Zamiast tego pojechaliśmy do mojej chrześnicy, ale szybko wróciliśmy do domu, żeby się sobą nacieszyć. Miło było usiąść wieczorem z lampką wina w ręce i po prostu być razem. Porozmawialiśmy na wiele tematów, które od dawna gdzieś tam czaiły się z tyłu głowy i oboje jesteśmy z tego bardzo zadowoleni :) Poniedziałek Wielkanocny przywitaliśmy tradycyjnie - bitwą na wodę. To znaczy to ja oberwałam, bo B. w tym roku się wycwanił. Wstał przede mną, nalał wody do wanny, a później porwał mnie z łóżka i włożył prosto do wody :) Oczywiście odwdzięczyłam się i pociągnęłam go za sobą, żeby nie było :P Po południu odwiedziliśmy moich rodziców, później teściową i przy okazji wręczyliśmy kilka zaproszeń gościom, którzy akurat u nich byli :) I tym sposobem maraton z zaproszeniami uważam za otwarty :)

Kilka kolejnych dni minęło nam na przygotowaniach do wyjazdu na wesele. Ponieważ urlop mieliśmy do końca tygodnia, mogliśmy na spokojnie załatwić kilka spraw, które na nas czekały przed wyjazdem. Ponieważ wesele było wyjątkowo w piątek, a poprawiny w sobotę (z racji na dostępność sali), z domu wyjechaliśmy już w piątek. Na obiad dotarliśmy już na miejsce :) Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że było to jedno z najlepszych wesel na jakich w życiu byłam. Naprawdę, dawno tak się nie wybawiłam. Było mnóstwo pysznego jedzenia, zespół spisał się na medal, wytańczyliśmy się za wszystkie czasy, mieliśmy naprawdę zgrane towarzystwo przy stole - było po prostu SUPER!!! :) Państwo Młodzi do wszystkiego podeszli na spokojnie, obeszło się bez nerwów i stresu i wszystko wypadło pięknie :) A przed poprawinami wręczyliśmy nasze zaproszenia kilku kolejnym osobom. Wszyscy byli bardzo zadowoleni z kolejnej szykującej się imprezy i WSZYSCY  zadeklarowali, że przyjadą. Cieszymy się, bo naprawdę ich lubimy i bardzo chcemy, aby nasz dzień stał się też ich udziałem :) Poprawiny w naszym wykonaniu były prawie bezalkoholowe i w niedzielę około południa wyjechaliśmy już do domu. Na miejscu byliśmy już przed 17.

W tym tygodniu maratonu ciąg dalszy, a od środy do naszego wielkiego dnia zostaną tylko 4 miesiące :)

Komentarze

  1. No wreszcie! Już się stęskniłam :) cieszę się że wróciłaś w świetnym humorze, bo i jak widzę jest się z czego cieszyć i życzę szybkiego kolportażu zaproszeń :)) powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. milo wiedziec, ze ktos tu na mnie czekal :))) W domu czeka na nas za to caly karton zaproszen :P

      Usuń
  2. oj, ja bym mogła mieć znowu święta :P
    i to pyszne jedzonko...

    uwielbiam wesela
    zazdroszczę, że się tak wybawiłaś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja w swieta troche sie oszczedzalam, zeby nie odrobic kg, ktore udalo mi sie zrzucic :)

      Usuń
  3. Ja również czekam na nowe posty :)

    Oj, zazdroszczę weselicha! Też bym się chętnie pobawiła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. beda posty, beda :)
      Oj weselicho bylo super, naprawde jest czego zazdroscic :)

      Usuń
  4. Dziwnie tu, jak nie pojawia się nic nowego, ale fajnie, że jesteś już z powrotem ;))

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak to dobrze, że wreszcie napisałaś:) Tęskniłam:)
    Fajnie, że u Was dobrze:) Pewnie to super uczucie wręczać zaproszenia:) A 4 miesiące zlecą zanim się obejrzysz.

    Z niecierpliwością czekam na kolejne wieści;) Ściskam::)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, to fajne uczucie zapraszac gosci na wlasny slub, choc ja i tak czuje sie jakbym to ja szla na czyjes wesele :P

      Usuń
  6. Nic tylko się cieszyć, że te święta tak pozytywnie Wam upłynęły. Mi się marzy iść na wesele, cholera! Nigdy nie byłam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nigdy nie bylas? Oj kochana, to musisz nadrobic zaleglosci, mam nadzieje, ze niedlugo bedziesz miala taka okazje :)

      Usuń
  7. Zobaczysz jak to szybko zleci, i nim się obejrzysz będziesz liczyła kolejne rocznice ślubu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tez tak mysle, zwlaszcza kiedy widze jak czas teraz szybko mija :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...