Kilka dni temu, gdy byłam na spacerze z Juniorem, spotkałam swoją dobrą koleżankę. Przyjaźniłyśmy się przez całe liceum, później wybrałyśmy róźne kierunki i miasta na studia i nasze drogi się rozeszły. Cieszę się, że ją spotkałam, bo nawet nie wiedziałam, że sprowadziła się w nasze okolice. Wyszła za mąż za swojego chłopaka jeszcze z czasów liceum, mają dwumiesięcznego synka, a niedawno kupili mieszkanie na osiedlu niedaleko nas. Ucieszyło mnie to bardzo, bo znów będziemy mieć siebie blisko i będziemy mogły się częściej spotykać. Wtedy zamieniłyśmy tylko kilka zdań, bo obie trochę się spieszyłyśmy, ale umówiłyśmy się na spacer na wczoraj. K. stwierdziła, że dobrze, że się spotkałyśmy, bo musi się komuś wygadać. No i spotkałyśmy się wczoraj. K. opowiedziała mi co u nich się wydarzyło przez ten czas, kiedy się nie widziałyśmy, ja opowiedziałam jej co u nas, wymieniłyśmy się doświadczeniami porodowymi i dzieciowymi, a później K. stwierdziła, że musi się wyżalić. No i tak. Kupili mieszkanie wiosną, stan deweloperski, więc kupa roboty w środku. Jej mąż jest jedynakiem, jego rodzice już nie żyją, więc nie bardzo miał kto mu pomóc. Kuzynów niby ma, ale bardziej chętnych do odwiedzin na piwko czy kawkę niż do pomocy, więc nie bardzo miał na kogo liczyć. Rodzice K. są w sile wieku, mieszkają w tym samym mieście i zawsze zarzekali się, że im pomogą w remoncie itp. Jako, że nie bardzo było ich stać na fachowców, R. robił wszystko sam po powrocie z pracy. K. w momencie kupna mieszkania była już w dość zaawansowanej ciąży, więc siłą rzeczy wolno jej było coraz mniej i sama przyznała, że bardziej przeszkadzała R., niż pomagała. liczyli na to, że jej rodzice pomogą im tak jak obiecywali. No... i się przeliczyli. Kiedy przyszło co do czego nawet słowem się na ten temat nie zająknęli, a kiedy R. skończył i przyszło do przeprowadzki, przyszli ocenić efekty. I wtedy marudzili, że to nie tak, tamto nie tak, a jeszcze coś innego mógł zrobić inaczej. R. przyznał, że owszem mógł, ale nie bardzo dałby radę sam, więc zrobił tak jak dał radę. Wtedy rodzice K. oburzeni stwierdzili, że trzeba było poprosić o pomoc. Szczęka mi opadła jak to usłyszałam, ale w sumie szybko ją podniosłam, bo moi rodzice wychodzą niestety z tego samego założenia. Ja jestem całkiem innego zdania. Moim zdaniem, jeśli ktoś wcześniej sam tą pomoc oferuje, a ktoś inny chętnie ją przyjmuje, to chyba nie trzeba o nią specjalnie kogoś prosić. Jeśli ktoś ma ochotę pomóc w takiej sytuacji, to po prostu ubiera się i idzie pomagać, bez proszenia. Przynajmniej i ja, i Mężu tak uważamy. Moi rodzice też niestety są odmiennego zdania, ich też o wszystko trzeba specjalnie prosić. Mężu wykańczał nasze gniazdko własnymi siłami z wujkiem, a kiedy ja chciałam iść sprzątać to też musiałam się prosić, żeby zostali z Juniorem 2-3 godzinki, żebym mogła coś zrobić. Nigdy sami nie zaproponowali, żeby go przywieźć, to z Nim posiedzą, żebyśmy mogli coś porobić, zawsze trzeba było ich o to specjalnie prosić, a oni z wielką łaską zgadzali się, bądź nie (bo np. muszą jechać na zakupy). Ja bym tak nie potrafiła. Smutne to ale prawdziwe. Szkoda, że słyszę o coraz większej liczbie takich przypadków.
Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...
Hmm, rzeczywiście przykra sprawa. Ja mam takie samo podejście do tego pomagania, jak Wy - ale nauczyłam się go wlaśnie od moich rodziców, których nigdy nie muszę prosić o pomoc, dlatego, ze wiem, że w razie potrzeby ona z ich strony będzie. To zresztą działa w obie strony i generalnie u nas w rodzinie są pewne oczywistości, o ktorych nie trzeba mówić, zeby o nich wiedzieć - i taka wzajemna pomoc jest właśnie jedną z nich. U Franka w rodzinie jest podobnie, choć nawet on przyznaje, że relacje u nich są trochę mniej swobodne a bardziej grzecznościowe niż u nas. Ale jednak wiem, że możemy na teściów liczyć.
OdpowiedzUsuńPrzykre jeśli nie można mieć od własnych rodziców wsparcia w absolutnie każdej sytuacji :(
no to tylko pozazdroscic. Bardzo bym chciala, zeby i u nas tak bylo, ale coz, tego juz sie nie zmieni. Szkoda mi bylo tez tej mojej kolezanki, bo widzialam, ze ma bardzo duzy zal do rodzicow, w sumie chyba jej sie nie dziwie, bo u nas wygladalo to podobnie
UsuńPomoc zapewniana jest zawsze i na zapewnieniach zwykle się kończy. Uwielbiam przeróżne wymówki, a bo to, a bo tamto. A prawda jest taka, że to zwykła niechęć, poniekąd lenistwo. Niestety, rozczarowanie jest wielkie, gdy człowiek założy, że pomoc dostanie...
OdpowiedzUsuńwiesz, podejrzewam, ze tu byloby inaczej, gdyby chodzilo o obcych ludzi, a nie o jej rodzicow.
UsuńPrzykra sprawa. U nas jest tak, że jedna część rodziny tylko pyta jak pomóc druga część zapyta i pomoże...
OdpowiedzUsuńSamo życie
no to dobrze, ze choc czesc pyta i pomaga
Usuń