Przejdź do głównej zawartości

Za wcześnie... (*)

Niedzielny wieczór. Junior śpi, oglądamy z Mężem coś w telewizji (już nawet nie pamiętam co). Reklamy. Sięgam po telefon, żeby szybko sprawdzić pocztę,bo czekamy na 2 ważne maile. Otwiera mi się strona główna Onetu, jakieś reklamy, czarno-białe zdjęcie kobiety, podpis "Anna Przybylska nie żyje". Wróć... ŻE CO???? Wtf???? Jak nie żyje??? Toż to młode dziewczę jeszcze... Prawie spadłam z kanapy, pokazuję Mężowi, on też oczy jak spodki... Szok! Tak mogę krótko określić to, co przeżyłam. Przeczytałam chyba wszystkie artykuły jakie się wtedy ukazały. Nie miałam pojęcia, że była tak bardzo chora. Zawsze bardzo lubiłam ją jako aktorkę i jako człowieka (mimo, że jej nie znałam osobiście). Zawsze była taka wesoła, uśmiechnięta, pełna życia, a przy tym wydawała się być jedną z niewielu NORMALNYCH aktorek, które oprócz sławy wyróżnia przede wszystkim ciepło, rozsądek, oddanie rodzinie. Niecałe 36 lat... Całe życie było jeszcze przed Nią, małe dzieci do wychowania, tak bardzo chciała żyć, a tu pach... przyplątało się to dziadostwo i już jej nie ma. Naprawdę trudno w to uwierzyć. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że każde życie jest cenne, ale jakoś inaczej jest, kiedy odchodzi starsza osoba, któa "swoje już przeżyła", a całkiem inaczej, kiedy umiera ktoś tak młody, który miał jeszcze tylko przed sobą, tyle do zrobienia. Bardzo mną to wstrząsnęło, mimo, że to praktycznie obca osoba, znana "jedynie" z ekranu... Strasznie mi jej szkoda, jej dzieci, partnera... W dodatku za kilka dni miną 3 lata od śmierci mojej koleżanki, 27 lat... też rak.
Aż strach pomyśleć co by było, gdyby...

Komentarze

  1. Mnie też to straszliwie uderzyło ... To była wspaniała aktorka, mama, cudowna osoba , a nie jakaś celebrytka i za to ją ceniłam. Niestety takie zdarzenia przypominają nam jak życie jest kruche i aby korzystać z każdej chwili naszego życia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Też jestem w szoku. W zasadzie nadal w to nie wierzę...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...