Przejdź do głównej zawartości

Pożegnania nadszedł czas...

... nie nie, nie z blogiem :) Choć prawdę mówiąc statystyki pokazują, że zagląda tutaj coraz mniej osób i coraz mniej z Was się odzywa :( Chcę jeszcze długo pisać i nie chciałabym, żeby ten blog umarł śmiercią naturalną z braku czytelników. No nic, czas pokaże jak będzie.
No, ale do rzeczy... :)
Dziś jest mój ostatni dzień pracy w Firmie. prawie 8 lat pracy, 8 lat wspomnień, 8 lat doświadczeń... Kawał życia...
Trafiłam tutaj w zasadzie przez przypadek, bo praca tutaj trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Po licencjacie dostałam się na staż do malutkiej rodzinnej firmy w sąsiednim mieście, ale intensywnie szukałam czegoś innego, co pozwoliłoby mi zdobywać doświadczenie i rozwinąć skrzydła. Każdego dnia przeglądałam ogłoszenia na różnych portalach i wysyłałam CV, kiedy coś mnie zaciekawiło. Na kilkanaście ogłoszeń, na które odpowiedziałam, dostałam jeden telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną. Ucieszyło mnie to, bo dotyczyło to pracy w moim Mieście, zaledwie 10 minut jazdy samochodem z domu, w dodatku bardzo niedaleko pracy Męża (wtedy jeszcze-nie-Męża). Na rozmowę jechałam na całkowitym luzie, bo tak naprawdę nie wiedziałam jak to jest, czego mam się spodziewać i traktowałam ją bardziej jako trening przed kolejnymi rozmowami, niż coś realnego. Wygląda na to, że ten mój luz, spokój i opanowanie zrobiły wrażenie na rekruterach, bo 2 dni później zaproponowano mi pracę za całkiem niezłe pieniądze i z perspektywami niezłej podwyżki jak na osobę dopiero zaczynającą swoją karierę zawodową. Tak właśnie trafiłam do Firmy :) Na początek 2 tygodnie szkolenia, nauka obsługi systemów, procesów wewnątrz firmy, zasad działania tak dużej korporacji itp. Po tym czasie dostałam kilku pierwszych klientów, z którymi współpracowałam oraz swój pierwszy projekt :) Jednym słowem czułam się wrzucona na głęboką wodę, co w pierwszy dzień, gdy ówczesna szefowa ogłosiła oficjalnie, że przejmuję obowiązki i będę robić to, to i to, wywołało to moje przerażenie i wpadłam w lekką panikę, co objawiło się tym, że dzwoniłam do wtedy-jeszcze-nie-Męża prawie z płaczem, "że ja się boję, że ja na pewno sobie nie poradzę i w ogóle co ja tutaj robię? Zabierz mnie stąd!" :) Po pokrzepiających i jakże współczujących słowach "Weź się ogarnij i nie gadaj głupot! Poradzisz sobie!" :) zrobiło mi się jakoś tak lepiej i wzięłam się za robotę... :)
Bywało różnie, kwadratowo i podłużnie :) Przez 2 lata miałam okropną szefową Zołzę, która czepiała się wszystkich o wszystko i potrafiła zrobić mega awanturę na całe biuro (openspace, w którym siedzi około 50 osób :P). Nie raz miałam ochotę rzucić wszystko w cholerę i pójść z Firmy w siną dal, nie raz szukałam ogłoszeń i byłam skłonna wziąć cokolwiek, byle być dalej od niej, ale jakoś dałam radę, a moja cierpliwość została nagrodzona i Zołza odeszła, co urosło w Firmie niemalże do rangi święta narodowego :) i wtedy zrobiło się naprawdę fajnie. Atmosfera w Firmie stała się naprawdę super, do tego do naszego działu dołączyły osoby, z którymi przebywanie stało się przyjemnością i naprawdę z wielką chęcią szłam rano do pracy. I tak było aż do mojego L4. Nie było mnie w Firmie przez 1,5 roku. W tym czasie zaszły takie zmiany, że po powrocie przecierałam oczy ze zdumienia i nie poznawałam naszego biura. Rotacja w Firmie zawsze była duża (choć nie sądzę, żeby to był powód do dumy), ale zmiana 80% zespołu naprawdę mnie zaskoczyła. Zresztą to tylko jedna ze zmian, są i inne, niestety niekorzystne, które kilka miesięcy temu skłoniły i zmotywowały mnie do znalezienia czegoś innego. I znów trafiło mi się coś blisko domu, za o wiele lepszą kasę i na lepszych warunkach, więc stwierdziłam "teraz albo nigdy". I tak od poniedziałku zaczynam nową przygodę. Nowy etap mojego życia zawodowego. Czy będę zadowolona? Czas pokaże, ale póki co cieszę się, że zdecydowałam się na zmianę, nie można za długo tkwić w jednym miejscu, bo człowiek zwyczajnie przestaje się rozwijać i czułam, że właśnie tak się dzieje ze mną. W przyszłym tygodniu opowiem Wam jak jest w Nowej Firmie. Sama jestem ciekawa jak to będzie :) Jestem pozytywnie nastawiona i mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Komentarze

  1. Było, jak było... raz lepiej, potem ciut gorzej ale na pewno jakiś sentyment do tej pracy pozostaje, do miejsca, do niektórych ludzi... :)
    Wierzę, że podjęłaś dobrą decyzję i będziesz zadowolona z nowej pracy oraz będziesz mogła jeszcze lepiej rozwinąć skrzydła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nigdzie nie jest idealnie, a w Firmie przeważnie było naprawde fajnie i mam stad mnóstwo milych wspomnień , poznałam wielu swietnych ludzi.
      Ja tez mysle, ze podjelam dobra decyzje. Tak czy siak - kiedyś trzeba cos zmienić i zaryzykować :)

      Usuń
  2. Zmiany, zmiany. U Ciebie praca, u mnie przeprowadzka :) A możesz zdradzić czym się zajmujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, zmiany na całego :)
      Jestem specjalista ds. zakupow w dużej korporacji. W Nowej Firmie będę mieć dokładnie takie samo stanowisko

      Usuń
  3. Sentyment do Firmy na pewno zostanie, bo jakby nie było to w zasadzie Twoje pierwsze miejsce, a do tego byłaś tam tak długo no i masz większość miłych wspomnień, ale czas na zmiany i wierzę, że to zmiany na lepsze :) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, sentyment pozostanie na zawsze, bo tak jak mówisz - to była moja pierwsza praca. Ale co zrobić, pora na zmiany i bardzo mnie to cieszy :)

      Usuń
  4. To mamy podobną przyszłość zawodową. Ja za miesiąc pożegnam się z moją obecną pracą i równie jestem ciekawa jaka będzie nowa. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno bedzie dziwnie zanim obie przyzwyczaimy sie do nowych realiow

      Usuń
  5. Faktycznie niezła rotacja w Firmie ;)

    I jak pierwszy dzień w nowej pracy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rotacja ogromna. O pierwszym dniu napisze osobny post :-)

      Usuń
  6. Oby dobrze Ci się pracowało w nowym miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi 2 tygodnie temu stuknelo 9 lat w obecnej pracy. :) Przez wiekszosc czasu bylo bardzo fajnie, ale odkad w 2011 wykupila nas wieksza korporacja, z roku na rok robi sie gorzej. Rok temu, po podwyzkach (ktorych jak sie okazalo praktycznie nie bylo), mialam straszny kryzys i nosilam sie z zamiarem powysylania CV gdzie sie da. Potem ochlonelam. :) Teraz nadal chodzi mi po glowie zmiana, ale powtarzam sobie, ze poki dzieci sa malutkie, musze tutaj wytrzymac. Placa beznadziejnie, ale za to moge bez problemu wziac dzien wolny lub wyjsc wczesniej jesli ktores z dzieci ma wizyte u lekarza lub zachoruje. Mimo wszystko czuje, ze pomalu d*pa za przeproszeniem zaczyna mnie swierzbic i czas na zmiane. Ale kiedy, to sie jeszcze zobaczy. :)

    A Tobie zycze powodzenia w nowej Firmie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem chyba trzeba sie zebrac na odwage i zaryzykowac zanim utknie sie gdzies na sile

      Usuń
  8. Czekam na relacje z pierwszego tygodnia pracy. Ciekawe jak Ci tam bedzie :) Jedno juz wiemy- nie mozesz korzystac z neta na wlasne potrzeby i pewnie sie tez nie nudzisz, bo nic nie mozesz tutaj skropbnac :)

    Szybko szybko pisz nam co slychac :) KINIA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzystac moge ale glupio tak od samego poczatku na necie siedziec

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...