Przejdź do głównej zawartości

Refleksyjnie...

Spotkałam ostatnio koleżankę z liceum. Chodziłyśmy do jednej klasy, ale przez długi czas nie miałyśmy ze sobą kontaktu. W szkole trzymałyśmy się razem w kilkuosobowej grupie, ale po maturze każdy poszedł w swoją stronę i nasze ścieżki się rozeszły.Zapytała co u mnie, opowiedziałam jej w skrócie, co się zmieniło przez tych 11 lat od matury, a później zadałam jej takie samo pytanie. I tutaj posmutniała, a w odpowiedzi usłyszałam "Źle, nawet bardzo źle." I zaczęła opowiadać. Ma dwoje dzieci - starszą dziewczynkę i młodszego chłopczyka. Chłopczyk fajny, zdrowiutki, właśnie skończył trzy latka i poszedł do przedszkola, ale dziewczynka jest bardzo chora. Nieuleczalnie. Robią co mogą, żeby zapewnić jej jak najlepsze życie, żeby była z nimi jak najdłużej, ale ostatnio ich życie przypomina równię pochyłą. Koleżanka zrezygnowała z pracy, żeby być z córką, która wymaga całodobowej opieki, a ostatnio stała się specjalistką od reanimacji. Bo już kilka razy jej córka przestała oddychać i musieli ją reanimować. I nie wiadomo ile jeszcze życia jej zostało. Kiedy to usłyszałam dosłownie wbiło mnie w chodnik. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, nawet boję się sobie wyobrażać co musi czuć matka w takiej sytuacji. To musi być przeżycie, którego nie da się opisać słowami i mam nadzieję, że nigdy nie dowiem się jak to jest. Nie chcę tego wiedzieć. Koleżanka dodała, że najgorsze jest to, że w żaden sposób nie mogą już córce pomóc. Na jej chorobę do tej pory nie wynaleziono lekarstwa i żadne pieniądze nie są w stanie jej uratować. Jedyna co oni mogą to być z nią i walczyć o nią do końca. Podobno takie doświadczenia dostają ludzie, którzy są w stanie to udźwignąć, ale dlaczego muszą cierpieć niewinne dzieci? Nigdy tego nie zrozumiem. Ten świat jest dziwny, naprawdę. I jak tak sobie później o tym wszystkim myślałam, doszłam do wniosku, że człowiek przejmuje się jakimiś pierdołami, swoje kłopoty uważa za koniec świata, a dopiero kiedy słyszy, jakie tragedie spotykają innych ludzi, może stwierdzić, że tak naprawdę ma wielkie szczęście i musi się cieszyć tym, co ma, zamiast narzekać i martwić się tym, co tak naprawdę ma niewielkie znaczenie.

Komentarze

  1. Przykro :( ja tez nie umiem (nie hcce) sobie nawet wyobrazic takiej sytuacji. Kiedy choruje dziecko kazdego to boli, bez znaczenia czyje to dziecko. To zawsze boli najmocniej.

    Niestety nie zgadzam sie ze stwierdzeniem, ze takie sytuacje (podobno) dotycza osób, ktore beda umily to udzwignac.. chcialabym zeby tak bylo.. ale nie jest :( i to mnie tez przeraza. Ze to moze spotkac kazdego :( i nie kazdy umie to udzwignac.. takie to smutne :(

    Dlatego naprawde.. naprawde wszystko niewazne, poki jestesmy zdrowi, poki mamy siebie nawzajem.. takie to moze oklepane, ale to NAJWIEKSZA wartosc w zyciu.. najwieksza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tez nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, dlatego napisałam "podobno". W takiej sytuacji najgorsza chyba jest bezsilność. I masz racje, dopóki jesteśmy zdrowi i mamy siebie nawzajem, nic innego nie ma znaczenia.

      Usuń
  2. W takich sytuacjach problemy dnia codziennego, które często wydają nam się ogromne nie mają znaczenia. Żal, tylko tyle mogę napisać. Nie wiem, nie rozumiem dlaczego dzieci muszą tak cierpieć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też do takich wniosków dochodzę ostatnio... tak że nawet ten nasz ostatni pobyt w szpitalu... patrzyłam na to jak na - no cóż upierdliwość, która na szczęście minie, i nie mam prawa i nie chcę narzekać.
    Oby tylko nie mieć większych problemów...

    Normalnego, spokojnego życia, tego nam wszystkim życzę!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...