Przejdź do głównej zawartości

Ratuj się kto może, czyli bunt dwulatka ... :)

Żeby nie było tak całkiem różowo i cukierkowo, jak pisałam we wczorajszym poście, ogłaszam wszem i wobec, że mamy w domu przyspieszony bunt dwulatka. W pełnej krasie.

Generalnie Junior jest grzecznym i bardzo kochanym chłopcem i naprawdę nie mogę na Niego narzekać. I w sumie nie mam zamiaru narzekać tylko opowiem jak to u nas wygląda. Trochę czytałam o tym słynnym buncie dwulatka jeszcze jak byłam w ciąży, żeby wiedzieć na co mam się przygotować psychicznie. Wtedy wydawało mi się to takie odległe, a tu nagle bach!. Welcome to the jungle... :) Junior prezentuje książkowy przykład takiego buntu - alergiczna wręcz reakcja na słowo "Nie" albo "Nie wolno", płacz, krzyki, czasem rzucanie się na podłogę - jednym słowem standard. Przyznaję, czasami bywa ciężko zachować cierpliwość i ostatkiem sił staramy się zachować spokój. Mężu i ja staramy się takie ataki przeczekać i tłumaczymy Juniorowi, że nie trzeba się denerwować, a jak się uspokoi tłumaczymy Mu co i jak. Robimy różnie w zależności od poziomu histerii - albo staramy się nie zwracać na to uwagi dopóki się nie uspokoi, albo wkładamy go do łóżeczka i czekamy aż ochłonie, albo po prostu mocno Go przytulamy. Nie powiem, że jest lekko, bo nie jest i kilka razy zdarzyło nam się stracić cierpliwość i krzyknąć, ale to przynosi odwrotny efekt od zamierzonego, bo wtedy Junior wścieka się jeszcze bardziej, a my mamy niesamowitego kaca moralnego. Nie jesteśmy zwolennikami bezstresowego wychowania, bo naszym zdaniem nie tędy droga i taka metoda przynosi więcej szkody niż pożytku, a dziecko powinno znać pewne granice. Ale też nie jesteśmy i nie mamy zamiaru być nie wiadomo jak surowi, bo nie chcę fundować swojemu dziecku tego, co sama przeszłam dzięki "kochanemu tatusiowi". Chciałabym, żeby za jakiś czas, jak będzie duży na myśl o rodzicach miał dobre skojarzenia, a nie to co ja, kiedy niezbyt miłe wspomnienia wracają w najmniej spodziewanych momentach.

No ale wracając do tematu. Ten cały słynny bunt to zwyczajny sposób na odreagowanie skumulowanych emocji, z którymi dziecko po prostu sobie nie radzi. Pół biedy jak Junior świruje w domu, ewentualnie w ogrodzie (choć to niezbyt pożądana opcja, w końcu to trochę miejsce publiczne :P). Gorzej jak taki świr dopada go w sklepie tudzież gdziekolwiek poza domem. Wtedy już jest troszkę gorzej i trzeba zarządzać natychmiastową ewakuację, żeby uniknąć większego wstydu :P Nie ma na to innego sposobu, jak tylko zacisnąć zęby i czekać na lepsze czasy :) No chyba, że jednak jest, to poproszę :)

Miłego weekendu

Komentarze

  1. Oj chyba jedynie możecie to przeczekać... Musi być ciężko... Wydaje mi się, że Wasze podejście jest dobre :)
    Trzymam kciuki by ten bunt szybciutko minął :)
    No i zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moim zdaniem innej rady nie ma :) Ja tez mam nadzieje, ze bunt szybko minie :)
      Bylam juz u Ciebie, tylko jakos nie mialam okazji zostawic komentarza :)

      Usuń
  2. Konsekwencja, konserwacja i jeszcze raz konserwacja. Samo przeczekanie może powodować późniejsze "włażenie " na głowę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, wybacz Ida ale Twoja konserwacja rozwalila mnie na łopatki:D Wizja zakonserwowanego dwulatka to jest coś:):)

      Usuń
    2. Ida - tak wiem, konsekwencja jest najważniejsza. Staramy sie nie pozwolic Juniorowi wejsc sobie na glowe, choc powiem, ze lekko nie jest :)

      Usuń
    3. margolka - to samo sobie pomyslalam :P

      Usuń
  3. ja na ten słynny "bunt" mam jeden sposób :P przytulanie i nie zabranianie Emilowi niczego, co nie skończy się doszczętnym zniszczeniem jakiegoś dobra materialnego czy jego jakiejś kończyny/głowy :P w końcu, jak ma poznać świat? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. my tez przytulamy, duzo i mocno. I podobnie jak wy nie zabraniamy wszystkiego, bo nie o to chodzi, w koncu zakazany owoc najlepiej smakuje :) a kazdy uczy sie na bledach, wiec poki nie grozi to zrobieniem sobie lub komus krzywdy, niech probuje.

      Usuń
  4. Nie pociesze, bo patrzac na swoje dzieci, mam wrazenie, ze bunt dwulatka przechodzi tylko plynnie w bunt trzylatka, a potem 4-latka. Tyle, ze czterolatek to juz pyskate stworzenie i np. na stwierdzenie, ze czegos mu nie wolno, potrafi odparowac, ze "A ja mowie, ze mi wolno!". :o
    Nik, jak wpadl w bunt dwulatka, to tak w nim trwa (a moze to juz bunt 3-latka? :D). Proby wymuszania wrzaskiem, godzinne zawodzenie, wyrywanie i kopanie na proby przytulenia czy chociazby wziecia na rece - klasyk. :) U nas dochodzi jeszcze zanoszenie sie az do omdlenia... :/ Tak jak piszesz, w domu mozna to jeszcze przeczekac, ale w ogrodzie juz jest wstyd przed sasiadami (i grozba, ze wezwa opieke spoleczna), a w sklepie czy kosciele to juz koszmar nad koszmary. :) Dziekuje, wole 4-letniego pyskacza. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no w sumie cos w tym chyba jest. bo przeciez takie 3 czy 4 latki tez sa zbuntowane, tylko w inny sposob :) ciekawa jestem jaka wersje bedzie wystepowac u nas :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...