Przejdź do głównej zawartości

Skąd się wzięła Luna

Jak już wspominałam w poprzednim poście, stratę Pokera przeżyliśmy wszyscy bardzo, szczególnie my - naoczni świadkowie, ale było to niczym w porównaniu z tęsknotą Juniora za czworonożnym kumplem. Może nie rozumiał co się stało, ale zdecydowanie odczuł jego nieobecność. Chodził po domu, sprawdzał w jego ulubionych zakamarkach czy przypadkiem gdzieś się nie schował, wołał "gwizdał", a nam serce się kroiło. Dosć długo zajęło nam podjęcie decyzji o nowym psie, bo wciąż pamiętaliśmy Pokera i jakoś tak ciężko było nam zastąpić go innym psem. Poza tym wiedzieliśmy z czym posiadanie psa się wiąże. Jednak po przetrawieniu wszystkich "za" i "przeciw" klamka zapadła i tym sposobem jest. Ona. LUNA. No więc skąd się wzięła Luna?

W techniczne szczegóły tego tematu wdawać się nie będę, bo wszyscy z biologii chyba co nieco kojarzą, więc przejdźmy od razu do efektu końcowego.
Wskutek dość niespodziewanego i niefortunnego połączenia genów dwóch labradorów powstała mieszanka wybuchowa. Luna. Kumulacja i zlepek najdziwniejszych labradorowych genów. Diabeł tasmański wśród psiego gatunku. Nic nie zapowiadało dramatu, bo przecież jak takie słodkie stworzenie o wielkich orzechowych oczach i sympatycznym pysku może być niesforne? W życiu. A jednak życie jest pełne niespodzianek. Już od pierwszych dni Luna wykazywała skłonności destrukcyjne, które początkowo ograniczały się do gryzienia naszych kostek cholernie ostrymi zębami. Później wzięła się za nóżki łóżka Juniora, kable od ładowarek (straciliśmy ich w sumie 5), kabel od lampy w pokoju, dwie poduszki i Mężowe sznurówki :P Swoją drogą to ciekawe, że przy pogryzieniu tylu kabli ani razu nie trzepnął jej prąd. No i mega problemem było oduczenie jej sikania na podłogę. Wychodziliśmy tak często jak to tylko było możliwe, Luna przez pół godziny obwąchiwała okolicę po to, by zlać się na progu domu. Wystawiała tym naszą cierpliwość na wielką próbę, tym bardziej, że mieliśmy świeżo w pamięci Pokera, który był bardzo grzecznym psem i nigdy nie sprawiał podobnych problemów. Nie raz mieliśmy wielką ochotę złożyć "reklamację" u hodowcy i odesłać dziada w siną dal, ale że towar dotknięty uważa się za sprzedany, musieliśmy zacisnąć zęby i męczyć się z tą szatańską kreaturą :) Notorycznie uciekała nam na spacerach, więc mimo tego, że chodziliśmy z nią na okoliczne łąki trzeba było trzymać ją na smyczy, bo puszczenie jej luzem wiązałoby się z kilkugodzinną gonitwą za szalonym szczeniakiem, który za nic miał nasze wołania. A że na smyczy to to chodzić też nie umiało i nie miało zamiaru się nauczyć, to każdy spacer był gehenną i losowaliśmy, kogo w danym momencie ten "zaszczyt" spotka. Dodatkowo jeśli tylko udało jej się jakoś wymknąć podczas spaceru lub ktoś kierowany litością wobec "małego biednego pieska" postanowił puścić ją wolno, żeby się wybiegała musiał liczyć się z tym, że jeśli tylko Luna wywęszy w okolicy choć odrobinę błota, kałużę lub nie daj Boże rów melioracyjny, to psa nie pozna, gdyż ze ślicznego jak z obrazka biszkoptowego pieska, Luna zamieniała się w utaplane po uszy "coś" z wywieszonym jęzorem i obłędem w oczach :) i już nie była biszkoptowa tylko czarno-zielona... Ku wielkiej uciesze Juniora oczywiście, bo On był zawsze takimi sytuacjami zachwycony. Gdy Luna trochę podrosła i zaczęła cokolwiek kumać i reagować na jakiekolwiek komendy zapisaliśmy ją do szkoły, bo stwierdziliśmy, że sami nie damy rady ogarnąć tego szalonego stwora na czterech łapach. I powiem Wam, że do dziś dziękujemy niebiosom za takie szkoły, bo uratowały nas przed obłędem, a nasz dom przez totalną ruiną :)
No a Junior zyskał wierną przyjaciółkę. Początkowo dogadywali się średnio ze względu na szaleństwo Luny, ale dziś są naprawdę super kompanami. Junior ma już prawie 4 lata, więc to już też inna mentalność, Luna przysiadła mocno na ogonie po odbytym szkoleniu i w końcu możemy powiedzieć, że jest nie tylko szalonym siersciuchem, ale przede wszystkim fajnym psem. Choć w jej oczach widać, że nutka szaleństwa gdzieś tam nadal jest ;) Ale przecież bez wariatów świat byłby nudny, no nie? ;)

Komentarze

  1. My tez mieliśmy takiego psa wariata z ADHD tyle, że czarnego kundelka. Faktycznie bez wariatów Świat byłby nudny a ile rzeczy przez naszego diabełka musieliśmy sprzątać to nasze ale i tak był super :) i z czasem też został ułożony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie chcę mysleć co byłoby z naszym domem i z naszą psychiką, gdyby Luna nie poszła do szkoły :P

      Usuń
  2. Mój wujek też ma labradorkę i też jest szalona ;) Udało się ją nieco ułożyć, choć pamiętam raz taki spacer jak została spuszczona ze smyczy i wracać nie chciała, bo uciekanie jest fajniejsze. Teraz to już się trochę zestarzała, 10-11 lat ma, ale dalej bywa zwariowana.

    Oby z Luną było coraz spokojniej :) I jak najdłuższej przyjaźni Juniorowi życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaa labki mają to do siebie, że mniej więcej do 3 roku życia są szalone i mają ADHD. Luna zaczyna kumać czaczę, ale do 3 lat jeszcze jej daleko. Na szczęscie jest już o niebo lepiej niż było :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...