Przejdź do głównej zawartości

Pobierz wymaz - zostań dawcą

Wczoraj zmarła koleżanka mojej babci. Niby nic nadzwyczajnego, kobieta przeżyła prawie 90 lat, przez kilka ostatnich chorowała. Znałam ją od dziecka, odkąd tylko pamiętam i dlatego tak mi jej szkoda, jakby to był członek naszej rodziny. Odkąd się dowiedziałam, że p. Wiktoria nie żyje jako tak co chwilę pojawia się w moich myślach i gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się myśl, że szkoda, bo to taka fajna kobieta była. Babcia zmartwiona, bo to dość bliska koleżanka była, sąsiadka zresztą i znały się prawie 60 lat. Szmat czasu.
Tak jakoś wyszło, że śmierć p. Wiktorii natchnęła mnie do napisania tej notki. W sumie w żaden sposób nie jest związana z tematem, ale przez to przyszło mi do głowy, że warto ten temat poruszyć. Pod koniec zeszłego roku przypadkiem trafiliśmy na jakiś program dokumentalny czy reportaż z akcji Fundacji DKMS. Nie pamiętam już dokładnie co to było. W każdym razie oboje z Mężowatym uważnie chłonęliśmy każde słowo na temat przeszczepów szpiku kostnego i rejestracji potencjalnych dawców. Jak tylko program się skończył padło pytanie z ust Mężowatego "Może byśmy się zapisali, co?" a ja na to "Pewnie, czemu nie!". No bo przecież jak człowiek ma możliwość komuś pomóc i to w TAK WIELKIEJ sprawie, to dlaczego nie? Jakos tak się wtedy złożyło, że kilka dni później była organizowana akcja rejestracja u nas w rynku. Planowaliśmy pędzić biegusiem się zarejestrować, ale pech chciał, że Junior się rozchorował i trza siedzieć z Nim w domu. Później była jeszcze jedna akcja w naszym liceum, ale dowiedzieliśmy się o niej po fakcie. W końcu stwierdziliśmy, że jak tak dalej będziemy się zbierać na tego typu akcje, to nigdy na nie nie dotrzemy. A że wcześniej jakoś zapomnieliśmy o tym gamonie, że w dobie w dobie wszechobecnego interneta można się zapisać bez wychodzenia z domu, tak też zrobiliśmy. Klik Klik i prawie gotowe. Kilka dni później w skrzynce pocztowej znaleźliśmy dwie koperty z formularzami do wypełnienia i pałeczkami, którymi trzeba było pomiziać sobie w buzi. Zrobiliśmy co trzeba, spakowaliśmy w koperty zwrotne i odesłaliśmy. I to wszystko. Kilka tygodni później zostaliśmy dumnymi posiadaczami Karty Dawcy lśniącymi w portfelach.To wcale nie znaczy, że tymi dawcami faktycznie zostaniemy, bo prawdopodobieństwo, że akurat my będziemy mieć zgodność genetyczną z jakimś pacjentem czekającym na przeszczep jest niewielkie, ALE JEST! I chciałabym, żeby mój telefon jednak kiedyś zadzwonił i żebym naprawdę mogła komuś pomóc w ten sposób. To nic nie kosztuje, a może uratować komuś życie.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej na ten temat wystarczy kliknąć ---> TUTAJ

Znalezione obrazy dla zapytania dkms

Komentarze

  1. Super! Cieszę się, gdy kolejne osoby się zgłaszają. Ja kilka miesięcy temu wysłałam zgłoszenie i dostałam do domu "pakiet". Niestety podczas wypełniania ankiety nasunęło mi się kilka pytań, więc wysłałam maila do nich. Okazało się, że niestety m.in. przez niedoczynność tarczycy i inne sprawy, mimo szczerych chęci dawcą być nie mogę. Ale zachęcam innych, żeby się zgłosili. Myślę, że u siebie na blogu też o tym napiszę :) Im więcej się o tym mówi, tym lepiej. Może dzięki temu więcej osób się zgłosi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobry pomysł :)
      Cieszę się, że do mnie trafiłas :)

      Usuń
  2. Trzeba podkreślić że nie każdy może też dawcą zostać. Jeśli w grę wchodzą choroby tzw. przewlekłe ale pomagać zawsze warto jeśli się tylko może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, zreszta nie tylko choroby wykluczaja, ale też np. wiek lub ciąża (choć to akurat tylko tymczasowo)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...