Przejdź do głównej zawartości

Jestem

Po trzech tygodniach przerwy wracam do wirtualnego świata :) W sumie to chyba pierwszy raz w życiu mój wakacyjny urlop trwał trzy tygodnie i powiem Wam, że chyba jeszcze nigdy tak nie wypoczęłam psychicznie jak w tym roku, serio. Zazwyczaj przygotowania do wyjazdu były trochę w biegu, bo ostatnie pranie, dokupowanie brakujących rzeczy i pakowanie odbywało się popołudniami po powrocie z pracy w krótkich przerwach w codziennym ogarnianiu stada. Tym razem było inaczej, bo przed wyjazdem miałam jeszcze kilka dni zapasu i mogłam to wszystko zrobić na spokojnie, bez wywieszonego jęzora i obłędu w oczach. Wyjechaliśmy tradycyjnie w środku nocy, żeby uniknąć tłoku na drogach. 4,5 godziny jazdy i rano byliśmy na miejscu. Junior był tak nakręcony całym tym wyjazdem, że miałam wrażenie, że w ostatni dzień w domu zamiast nóg miał sprężynki, a jak w nocy poszłam go przetransportować do samochodu, wyskoczył z łóżka jak z procy i przez całą drogę nie zmrużył oka. I gadał. Gadał, gadał i gadał... :)) Zaraz po przyjeździe na pierwszy rzut oka pogoda nie zachęcała do spacerów, ale jak wysiedliśmy z auta okazało się, że mimo ciężkich stalowych chmur na niebie było bardzo ciepło. Musieliśmy jeszcze godzinkę poczekać na pokój, więc poszliśmy przywitać się z morzem. Junior uzbrojony w swój ciężki sprzęt plażowo-budowlany. Porozkoszowaliśmy się tym jedynym w swoim rodzaju powietrzem, nacieszyliśmy się piaskiem i wtedy zadzwoniła Pani z hotelu, że możemy już przyjść, bo pokój jest gotowy. A później standardowo - meldunek, klucze, rozpakowanie, krótki odpoczynek i na dobre zaczęliśmy wakacje. Po południu popadało przez jakieś 15-20 minut i to by było na tyle jeśli chodzi o deszcz. Następnego dnia obudziło nas słońce i tak już zostało do końca. Na plaży byliśmy codziennie, Junior wyszalał się w wodzie i na piasku. I jakoś tak udało nam się uniknąć tłumów. W ogóle mieliśmy wrażenie, że ludzi było troszkę mniej niż w poprzednich latach. Mieliśmy też to szczęście, że mieszkaliśmy tuż przy ostatnim zejściu na plażę w tej miejscowości i wystarczyło odejść jakieś 300 metrów brzegiem morza i mogliśmy się spokojnie rozłożyć gdziekolwiek chcieliśmy, z dala od parawaningu, mieliśmy święty spokój i można było nawet usłyszeć szum morza zamiast setek osób wokół. Boskie uczucie, dawno nam się coś takiego nie trafiło. Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił i trzeba było wracać, ale nawet jakoś bez żalu, bo naprawdę wypoczęliśmy i naładowaliśmy baterie. Nawet do pracy szłam chętnie dzięki temu, że dobrze się tu czuję. Powrót do rzeczywistości zaliczyłam już w poniedziałek, bo długiego weekendu tym razem nie mogliśmy sobie zrobić ze względu na wizytę szefa wszystkich szefów z siedziby głównej naszej Firmy, który był u nas akurat w poniedziałek, więc siłą rzeczy musieliśmy być też my. W każdym razie nie było źle :)
Junior pierwszy raz po wakacyjnej przerwie poszedł do przedszkola. Nie powiem, ciężko mu było mi zresztą też po słowach "Będę za Tobą tęsknił mamusiu", ale co zrobić, takie życie.
A ja dodatkowo wróciłam z wakacji z mocnym postanowieniem poprawy. Bo mój organizm postanowił się ostatnio trochę zbuntować i cóż - mówiąc krótko acz treściwie doopsko urosło zdecydowanie za bardzo jak na mój gust i trzeba coś z tym zrobić póki czas. Kupiłam sobie już karnet na basen, w domu przeprosiłam się z orbitrekiem, a dziś ambitnie zaczęłam prawdziwą dietę. Mam plan do końca roku zgubić jakieś 15 kg, ale wiąże się to z tym, że będę musiała zebrać się w sobie psychicznie i stanąć na wagę... A to może być trudne przeżycie... Ale co tam, dam radę! Trzymajcie kciuki ;)

Komentarze

  1. Przedszkole to nie łatwa próba. Bardzo często ze łzami w oczach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Junior chodzi do przedszkola już 1,5 roku. Przez ostatnie dni bardzo cieszył się, że spotka się z kolegami po 1,5 miesięcznej przerwie, ale wymiękł jak przyszło co do czego. Na szczęście dziś było już ok

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...