Przejdź do głównej zawartości

Szczerze o moim blogowaniu

Czytam namiętnie Wasze blogi i zawsze niecierpliwie czekam na nowe wpisy, które później pochłaniam z wielką ciekawością tego co u Was słychać. Wiele razy oglądałam zdjęcia, które zamieszczacie, nie zawsze zdjęcia Was samych, ale często zdjęcia Waszych bliskich czy Waszego otoczenia. I przyznaję, że bardzo to lubię.

Dlaczego w takim razie u mnie jest inaczej? Przez wiele wiele lat pisałam pamiętnik. Jak zaczęłam w podstawówce, tak skończyłam  na studiach. Mam je wszystkie do dziś, schowane głęboko, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Czyli w żadne inne oprócz moich. Był taki czas, kiedy chciałam je spalić, żeby nikt nigdy ich nie przeczytał, ale jednak trochę mi szkoda. Może kiedyś do tego dojrzeję. W każdym razie pisanie było taką moją terapią. Miałam wtedy trochę pod górkę, całkiem stromą górkę. Wiadomo - szkoła, nieszczęśliwe miłości, oprócz tego konflikty z ojcem, które z czasem przybierały na sile. Pisałam szczerze do bólu, przelewałam na papier wszystkie swoje żale i radości i nierzadko morze łez. Wydaje mi się, że dzięki temu udało mi się przetrwać ciężkie chwile, bo mogłam się "wygadać". Nigdy nie potrafiłam otwarcie wypłakiwać się na czyimś ramieniu i jeśli już pękałam, to wyrzucałam z siebie tylko mikroskopijną część tego, co rzeczywiście zatruwało mnie od środka. A w pamiętnikach pisałam absolutnie wszystko i chyba dzięki temu, że mogłam "powiedzieć otwarcie" o tym, co siedziało gdzieś głęboko we mnie, mogłam sobie jakoś poradzić z problemami. Bo jak już napisałam wszystko co chciałam, mogłam to przeczytać i spojrzeć na wszystko z boku, jak neutralny obserwator i często znajdowałam jakąś inną perspektywę, inny punkt widzenia, który pomagał mi znaleźć wyjście z pozornie beznadziejnej sytuacji. Przestałam pisać kiedy w Moim życiu pojawił się Mężu. To On sprawił, że się otworzyłam i wyszłam na powierzchnię jak ślimak ze skorupy. Powoli, ale konsekwentnie mnie otwierał, myślę, że całkowicie nieświadomie. Dzięki Niemu nauczyłam się mówić o tym, co mnie boli, a nie tylko pisać. Tylko Jemu mogłam powiedzieć absolutnie wszystko i nadal tak jest.

Pojawił się Mężu, przestałam pisać pamiętnik, ale nadal ciągnęło mnie do pisania. Tyle tylko,  że wtedy już nie chodziło o możliwość otwarcia się i przelania trosk na papier, ale o potrzebę dzielenia się swoimi radościami i zwykłą codziennością. I wtedy narodził się blog. Początkowo szło mi dosyć pokracznie, być może nadal tak jest, ale pokochałam to miejsce.
Prowadzę bloga już prawie 8 lat (co prawda z przerwą), a Mężu nie ma nim zielonego pojęcia. Dlaczego? Od samego początku moim założeniem była i nadal jest anonimowość. Stworzyłam to miejsce z myślą, że to będzie tylko moja przestrzeń, w której będę mogła pisać tak, jak kiedyś w pamiętniku, tylko z nieco inną tematyką. Chcę pisać na różne tematy, na tyle otwarcie, na ile jestem w stanie. Nie chcę podawać żadnych szczegółów, które mogłyby zdradzić kim jestem. Nie mówię tylko o własnych zdjęciach czy zdjęciach Juniora, ale także o zdjęciach mojej okolicy, widoków za oknem czy wnętrz w moim domu. Blog jest otwarty, może wejść tu każdy. Co prawda mogłabym go zamknąć i zaprosić tylko grono wybrańców, ale nie o to mi chodzi. Dzięki temu, że blog jest otwarty, jesteście i Wy, bo w jakiś sposób do mnie trafiłyście i - co mnie bardzo cieszy - zostałyście. No, ale właśnie dzięki temu, że blog jest otwarty i może na niego wejść każdy, gdybym zamieszczała na nim zdjęcia, ktoś mógłby rozpoznać jakieś szczegóły, które pomogłyby mu odgadnąć kim jestem. A tego bym nie chciała. Dlaczego? Nie wiem, nie czułabym się z tym komfortowo. Niby nie piszę nic złego, żadnych postów, w których piszę konkretnie i jawnie o kimś, albo przynajmniej staram się tego nie robić. Gdyby moi Czytelnicy wiedzieli kim jestem, zawsze zastanawiałabym się czy jest wśród Was ktoś znajomy. I już zawsze w trakcie pisania analizowałabym jak to, co mam zamiar napisać, zostanie odebrane, czy ktoś jakiejś wzmianki na czyjś temat nie odbierze osobiście itp. Jednym słowem ujawniając się sama podcięłabym sobie skrzydła. Pamiętam jak po mojej relacji ze ślubu czy po tym jak urodził się Junior niektóre czytelniczki prosiły o to, żebym dodała jakieś zdjęcia, ale twardo trzymałam się swojego postanowienia i mam zamiar trzymać się go nadal. Złamałam się tylko raz, w sumie całkiem spontanicznie, publikując zdjęcie mojego ciążowego brzucha :P ale na nim oprócz brzucha widać tylko ścianę :P
Chcę pisać na różne tematy, chcę być z Wami szczera, choć przyznaję, że czasem pomijam pewne szczegóły (cóż, taka już chyba moja natura... ;) ). Jedno jest pewne - pisanie po tylu latach jest moją pasją. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej, ale chcę pisać i chcę nadal Was poznawać, a to chyba najważniejsze. I mam nadzieję, że wiedząc to, co tu dziś napisałam jeszcze długo będziecie mnie odwiedzać i wybaczycie mi monotonię moich postów - tylko literki, literki i jeszcze raz literki ;)

Komentarze

  1. U mnie duzo zdjec do ogladania ;) zapraszam tylko, ze zamknelam sie wlasnie aby moc byc szczera.
    lux.usowa@wp.pl jesli chchesz dostep- odezwij sie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisanie oczyszcza, przynajmniej w moim przypadku. To czego nie mogę wykrzyczeć piszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisanie ma moc. Mnie też przy każdym dziecku proszono o zdjęcia. Ale to jest Twój blog i Twoja decyzja czym się dzielisz.

    OdpowiedzUsuń
  4. jestem u ciebie od dawna, jeszcze zanim wyszłaś za mąż, podczytuję...a że piszesz tylko dla siebie to mądrośc...
    ja tez piszę od 8 lat, ale kiedy wyszłam ponownie za mąż mój były włamał się i mnie odnalazł...
    miałam blog kilka razy zamykany, zmieniane adresy bo i yła zona mojego męża też szukała u mnie sensacji
    pisze dla siebie i o sobie, ale czasami uważam to za błąd, bo mój obecny mąż np wykrzyczał mi że nie pisze o nim, a to co złe / o czym pisze - to o nim?
    no uderz w stół......
    teraz też piszę ostrożnie, nie o wszystkim...a szkoda, bo czasami mam ochote wykrzyczeć swoją krzywdę...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie są tego plusy i minusy. Dlatego nikt z moich bliskich i znajomych o moim blogu nie wie i nie będzie wiedzieć, bo po co później niepotrzebne domysły i moje ograniczenia.

      Usuń
  5. Na blogach, które lubię i są dla mnie atrakcyjne pod względem treści nie musi być zdjęć. Przewrotnie są blogi, na które wchodzę dla zdjęć, pomijając treść, ponieważ ta zupełnie mi nie odpowiada.
    O swoim blogu sama nie powiedziałam ani rodzinie, ani znajomym. To było świadome, celowe działanie. Chciałam mieć tu w sieci swoje miejsce, swój azyl. Niestety, są tacy ludzie, których ciekawość bardzo kłóci się z moją (mam na przykład w pracy koleżankę, która odnajduje na fb wszystkich rodziców, których dzieci chodzą do naszej placówki- bez komentarza!!!) i tak na przykład- nie wiem jak, nie wiem kiedy- okazało się, że mojego bloga znają koledzy z pracy mojego męża. To był dla mnie taki moment, kiedy przestałam pisać jak dotychczas, mocno się kontroluję jeśli chodzi o treść i szczegóły. Potem okazało się też, że koleżanki z klasy Elizy wiedzą. Stąd moje cykliczne chęci aby bloga uczynić tylko i wyłącznie prywatnym. To kiedyś nastąpi, mam nadzieję, że niedługo.
    Mimo to nadal lubię blogowanie. Tym bardziej, że robię to tylko i wyłącznie dla przyjemności. Nie muszę się spinać, obrabiać zdjęć, robić czegoś pod reklamodawców itd. To olbrzymi komfort.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no własnie. I tak jest zdecydowanie wygodniej, kiedy ani nasi bliscy ani znajomi nie mają o blogu pojęcia. W końcu to tylko nasze miejsca i mamy w nich pisać tak, jak czujemy, a nie tak jak wypada ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...