Przejdź do głównej zawartości

Wiosna-lato-jesień-zima

Stwierdzam uroczyście, że się starzeję. Serio. Wychodzimy sobie ostatnio z koleżanką z pracy. Wyszłyśmy przed budynek, głęboki wdech i ona mówi "ale już pachnie jesienią". Kiedyś na samą myśl byłoby mi żal, że już koniec lata itd, a teraz? W sumie po części dalej jest mi żal, ale jakoś tak inaczej. Wiadomo, kiedy człowiek chodził do szkoły, koniec lata oznaczał koniec wakacji, koniec wolności i powrót do codziennego kieratu. Teraz po części dalej mi szkoda, ale bardziej ciepła i długich jasnych wieczorów, które można spędzić w ogrodzie. Z drugiej strony cieszę się na tą jesień, cieszę się na kolorowe drzewa, na inaczej pachnące powietrze, wieczory pod kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty w rękach i z książką na kolanach. Jakoś tak mnie wzięło :P Kiedyś moją ulubioną porą roku było oczywiście lato - z wiadomych względów. Teraz nie wiem czy umiałabym powiedzieć jaką porę najbardziej lubię, bo w sumie w tej chwili każda pora roku ma w sobie to coś. Jednym słowem się starzeję :P

Tydzień temu w weekend byliśmy w Szklarskiej Porębie. Jakoś tak spontanicznie wyszło po śniadaniu, że postanowiliśmy sobie wyskoczyć na wycieczkę. A że mamy bardzo blisko, bo tylko godzinkę jazdy, więc to żaden problem. No więc zjedliśmy śniadanie, ogarnęliśmy szybko chałupę i pojechaliśmy. Junior był tam w sumie drugi raz, ale pamiętał tylko wodospad i rybki w hotelu :P Wypad krótki, więc i chodzenia niewiele, ale zaliczyliśmy Wodospad Szklarki, spacer po lesie i po mieście, no i oczywiście "Ślizgawkę". I powiem Wam, że strasznie mi brakowało takiego prawdziwego górskiego powietrza. Zanim urodził się Junior jeździliśmy w góry dość często, przynajmniej dwa-trzy razy do roku. Zimą obowiązkowo na narty, a wiosną/latem/jesienią ot tak sobie, głównie do Karpacza, żeby wejść na Śnieżkę i ogólnie pokręcić się po okolicy. Jak urodził się Junior zrobiło nam się trochę nie po drodze z górami, a szkoda. Mam nadzieję, że niebawem nadrobimy zaległości, bo jak człowiek przypomni sobie jak to jest, nagle zdaje sobie sprawę, że mu tego brakuje. Tak samo było z moją przerwą w blogowaniu :P
A ostatni weekend minął nam pod znakiem techniki rolniczej, ze względu na Juniora, który przeżywa wycieczkę do tej pory :P
Dziś za to mam zamiar zrobić jakiś szybki obiad i lecę na ogródek walczyć z chwastami, głównie z babką. No tak mi się to dziadostwo rozsiało po trawniku, że głowa mała. A nie po to przez 3 tygodnie dzień w dzień grabiliśmy cały ogród, wydłubywaliśmy każdy kamyczek z ziemi, żeby przygotować ją na sianie trawy. Nie po to harowaliśmy, żeby trawnik wyglądał tak, jak teraz, żeby jakieś zielsko mi go bezkarnie zarastało. Co to, to nie! To oznacza wojnę. Zaopatrzyłam się w ciężką artylerię i będę dziś po południu rwać jak leci, a co! ;)
A jutro zebranie u Juniora.

Miłego popołudnia Wam życzę. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...