Przejdź do głównej zawartości

4 lata minęły...

W minioną sobotę Junior skończył 4 lata. Niesamowite to jest. Wiem, że często to powtarzam, ale naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe, że to tak szybko minęło. Przez ostatni rok zmienił się niesamowicie. Stał się bardziej otwarty na przygody i inne dzieci, ma tak bogate słownictwo, że niejeden dorosły mógłby się on Niego uczyć (swoją drogą nie wiem gdzie on to wszystko łapie). I stał się małym dużym chłopcem. To już nie taki mały dzidziuś, ale chłopczyk, świadomy tego co go otacza i chłonący każdy najdrobniejszy szczegół.

Świętowaliśmy oczywiście w sobotę. Tym razem tort robiliśmy sami, bo trochę zaspałam i za późno się za ten temat zabrałam. W efekcie wszystkie sprawdzone miejsca nie miały już dostępnego terminu. No więc co było robić. Zakasałam rękawy i zrobiłam mu tort sama. Pierwszy raz w życiu :P Serio. Robiłam już różne różniste ciasta, ale tortu jakoś jeszcze nigdy. No ale zawsze musi być ten pierwszy raz, co nie? Nie był może jakimś majstersztykiem cukiernictwa, ale Juniorowi się podobał. Bo to nie był zwykły tort, tylko rainbow cake :) Junior był już zachwycony jak zobaczył 5 kolorowych placków czekających na przełożenie masą, a jak dmuchał świeczki, poinformował wszystkich wszem i wobec, że "On jest kolorowy w środku!!!" :) W każdym razie tortowy debiut za nami. Za rok może wyjdzie lepiej :P Junior zebrał mnóstwo książek i teraz co wieczór mamy seans czytania nowych opowieści. A że teraz został fanem Neli małej reporterki, więc co wieczór podróżujemy po świecie. Nie powiem, samej mi się to podoba, bo lubię tego typu książki. No chyba, że dane opowiadanie czytamy po raz 28, to wtedy już nieco irytujące i czytam trochę automatycznie :P Ale generalnie jest git. Oczywiście zabawki też były, bo mnie cieszy już trochę mniej, bo wiadomo - więcej zabawek = mniej miejsca. Ale co poradzić. Taki wiek.

Nasz plan poinformowania o Pędraczku w tym dniu nie wypalił, bo była u nas jedna osoba, której na razie nie chcieliśmy wtajemniczać, więc udawałam, że piję szampana, a tak naprawdę moczyłam usta (choć nie powiem, jęzor wisiał mi do podłogi :P) i udawałam, że zapach kawy to dla mnie poezja smaku :))) Tak więc powiedzieliśmy w niedzielę. Znaczy Junior załatwił za nas sprawę, bo powiedzieliśmy mu przed wyjściem z domu (skakał i cieszył się jakby dostał najbardziej wypasiony traktor z wodotryskiem), a później po kolei wpadał do Dziadków i od progu wołał "Będę miał Dzidziulka!!" . A Dziadkowie jakby się wszyscy zmówili skwitowali wiadomość pełnym ulgi "No nareszcie!". Spoko :)

Pędrak póki co chyba ma się dobrze. Dopóki Go nie czuję ciężko mi to stwierdzić, ale nic nie wskazuje na to, żeby coś miało być nie tak. Mdli mnie niesamowicie (zwłaszcza jak jestem głodna), biust rośnie na potęgę (to akurat jest fajne ;) ). Kolejną wizytę u Doktorka mam za 2 tygodnie. Chciałabym, żeby to było już, bo jakoś lubię te ciążowe wizyty, ale nie da się teleportować w czasie. Zresztą muszę jeszcze zrobić wszystkie zlecone badania, a jakoś mi z tym nie po drodze. Pójdę pod koniec tygodnia albo najpóźniej w poniedziałek, żeby zdążyć. Najbardziej nie lubię tego latania z "kubeczkiem" do laboratorium. Nawet pobieranie krwi byłabym skłonna uznać za przyjemność, ale "kubeczek" to moja zmora. No, ale co zrobić. Trza się poświęcić dla dobra sprawy ;)

A jeszcze na koniec muszę się Wam pochwalić, że Kurczątko moja malutkie wczoraj było pierwszy raz w teatrze. Samo. No tak nie całkiem samo, bo z przedszkolem, ale w sensie, że bez nas. I jest zachwycony. A najbardziej podobało mu się, że drugie śniadanie jedli w autobusie... :))))
Kurtyna ;)

Komentarze

  1. My powoli kompletujemy listę gości na urodziny, bo dzieciaki będą mieli wspólne, za to podwójne, jak w tamtym roku. I też nie wiem, kiedy zleciało te 4 i 6 lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to jest niesamowite jak czas zasuwa. Czyli wychodzi na to, że mamy rówieśników czterolatków :)

      Usuń
    2. Miesiąc różnicy, Syn z 29 listopada

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...