Przejdź do głównej zawartości

Pierwsze wieści od Pędraczka

Wczoraj byłam na pierwszej wizycie u lekarza. W sensie nie że pierwszej w ogóle, tylko pierwszej potwierdzającej istnienie Pędraczka :) No więc jest, umościł sobie wygodne gniazdko w moim brzuchu i grzecznie w nim siedzi. Jest nieco młodszy niż wskazywałby na to termin ostatniej miesiączki, bo według USG ma 6 tygodni, a wg miesiączki 7. Wszystko wskazuje na to, że owulacja nieco mi się opóźniła, stąd niespodzianka w postaci pojawienia się Pędraka i jego młodocianego wieku ;) Ma całe 2,5 mm, więc jest maleńki, ale mimo to pięknie bije mu serduszko. Od razu zauważyliśmy je na ekranie z doktorkiem. Jedynym zgrzytem podczas całej wizyty okazało się moje podwyższone ciśnienie. Norma przekroczona co prawda niewiele, ale jednak przekroczona. Dostałam zalecenie łykania witamin dla przyszłych mam i regularnego mierzenia ciśnienia, żeby sprawdzić czy ten skok był jednorazowy z wrażenia po USG i ogólnie po badaniu czy może mam coś nie halo z ciśnieniem i wtedy będę musiała iść na konsultację do kardiologa. W każdym razie teraz muszę kupić jakiś porządny ciśnieniomierz i regularnie się mierzyć i pilnować lekkostrawnej diety - gotowane warzywa, chude mięso, ryby, duuuuuużo wody, zero słodyczy i kawy. Z tymi dwoma ostatnimi problemu nie będzie żadnego, bo mnie już odrzuciło. Sama jestem w szoku, bo nie mogę patrzeć na czekoladę. Junior ostatnio dał mi gryza Prince Polo i myślałam, że padnę, takie było słodkie. No i standardowo dostałam całą listę badań do zrobienia. Znowu się zacznie bieganie do laboratorium ;)
Poza tym wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja się czuję dobrze, nie licząc popołudniowych mdłości i rozciągania macicy. No i zaczyna mi się chcieć spać. Póki co jest trochę inaczej niż z Juniorem, bo wtedy muliło mnie zwykle rano, maksymalnie do 11, a teraz zaczyna około 13 i muli do około 16-17. Całe szczęście, że nie rzygam (póki co). No i zaczyna chcieć mi się spać. Z Juniorem usypiałam o 18, spałam do 21, później wstawałam tylko po to, żeby się wykąpać i iść spać :P Teraz kryzys mam około 14-15 i co najgorsze jestem wtedy w pracy! :)) Więc spać nie bardzo mogę. Jednak to prawda, że każda ciąża jest inna, a to dopiero początek ;)

A jeszcze Wam opowiem jak to w ogóle było z tym Pędraczkiem. A było inaczej niż z Juniorem, bo wtedy wiedziałam od pierwszej sekundy, zanim jeszcze ten jeden jedyny plemnik osiągnął cel, że to już! Tym razem nie spodziewałam się kompletnie.
Miesiąc wrzesień mijał sobie jak zwykle, jak każdy inny. 20 powinnam dostać okres, który jednak się nie pojawił. Nie przejęłam się tym zbytnio, bo ostatnio miałam jakieś zawirowania w cyklu i czasem był regularny, a czasem nie, więc stwierdziłam, że dostanę za kilka dni. Minął jeden dzień, drugi, trzeci piąty, a tu dalej nic. Po tygodniu zaczęłam się zastanawiać czy to czasem nie TO, ale z obliczeń wychodziło mi, że niemożliwe. Aż do pewnego dnia, kiedy myślałam, że biust mi eksploduje z bólu. To był tylko jeden dzień, ale już taka pewna nie byłam. Kiedy po dwóch tygodniach nadal nie było okresu, postanowiłam jednak zrobić test. To był czwartek, Mężu akurat był wtedy na wyjeździe służbowym, wracał następnego dnia. Junior akurat oglądał bajkę, więc postanowiłam wykorzystać chwilę spokoju i spojrzeć prawdzie w oczy. Zrobiłam to, co trzeba i wyskoczyły mi dwie kreski :) W sumie nie byłam zaskoczona, bo wiedziałam, że tak będzie, ale musiałam sobie poukładać w głowie jak to będzie. No bo jak to - teraz? Mieliśmy się starać dopiero w przyszłym roku. W sumie szybko się oswoiłam z myślą, że będzie drugi Maluch, tym bardziej, że dwóm kolegom Juniora z przedszkola ostatnio urodziło się rodzeństwo i cały czas nam o tych maluchach opowiada i powtarza, że też by chciał i które zabawki mu odda. No to będzie miał okazję. W każdym razie jak już doszłam do siebie, zaczęłam się zastanawiać jak ja powiem to Mężowi, bo to przecież takie niespodziewane (mówiłam Wam, że ja zdecydowanie za dużo myślę :P) . Wrócił w piątek pod wieczór, więc już dałam sobie spokój z nowinami i poczekałam do soboty rano. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak się tym stresowałam, że dostałam takiej trzęsawki, że nie mogłam wydusić z siebie słowa, a jak już udało mi się odezwać, wyglądało to mniej więcej tak:
Ja - Muszę Ci coś powiedzieć.
Mężu (widząc jak wyglądam) - Co się stało.
Ja - (cisza...)
Mężu - No co?
Ja - No... bo będziemy mieć drugiego Juniora.
Mężu - No to dobrze, czemu się denerwujesz?
.
.
.
.

No normalnie "Miszczunio ZEN". Jak zwykle :) Ja tu przeżywam, stresuję się, a ten "No dobrze, i co?" :))) W każdym razie tym stwierdzeniem rozwalił system i rozładował atmosferę. No i ucieszył się :) A po południu mi się przyznał, że on sam się domyślił już kilka dni temu (JAK ja się pytam???), tylko nic nie chciał mówić. Oprócz nas (i Was) nikt jeszcze nie wie. Mamy zamiar powiedzieć dziadkom i Juniorowi w sobotę na jego urodzinach. Junior będzie miał dodatkowy wymarzony prezent, a dziadkowie niespodziankę. Zresztą i tak by się zorientowali widząc, ze nie tykam szampana. A co dalej będziemy się martwić w swoim czasie :) Na razie trzeba się cieszyć tym stanem i odpoczywać póki się da.

A jeszcze mi się jedno przypomniało - w niedzielę przed zrobieniem testu z Juniorem byłam w kościele i wzruszyłam się słuchając pieśni "Nie bój się, wypłyń na głębię". Po tym dojrzałam do zrobienia testu. Pisałam o tym TUTAJ . I wyobraźcie sobie - w niedzielę, po tym jak powiedziałam Mężowi, stoimy sobie w kościele, a tam... "Nie bój się, wypłyń na głębię..." A ja co - zaczęłam się śmiać, bo od razu przypomniała mi się tamta sytuacja. Taka zbieżność, że aż niemożliwa :P

Ciekawa jestem kim będzie i czy moje przeczucia się sprawdzą. Jak byłam w ciąży z Juniorem od samego początku byłam przekonana, że to chłopiec i nie brałam pod uwagę żadnych innych sugestii. No i moje przeczucie się potwierdziło. Tym razem cały czas po głowie chodzi mi dziewczynka. Nie dlatego, że chciałabym mieć parkę, bo jest mi to całkowicie obojętne, z chłopcem byłoby nawet łatwiej, bo już wszystko dla chłopca mamy. Ale nawet jak sobie wyobrażam jak to będzie, to widzę dziewczynkę. Kto wie, może kobieca intuicja... ;) Śmieję się nawet do Męża, że test, którym wykryłam Juniora miał niebieską zatyczkę, a ten najnowszy ma różową, więc to na pewno znak :P Cóż, poczekamy, zobaczymy.

Komentarze

  1. Najważniejsze że wszystko jest dobrze

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, ciesze sie ze tak wszystko sie potoczylo :)
    Zycze jeszcze raz milej ciazy!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę.
      I nie dziękuję, żeby nie zapeszać ;)

      Usuń
  3. Cieszę się, że wszystko dobrze i trzymam kciuki za dalszą pomyślność!

    Jak to raz stwierdził mój tato do mnie i siostry - nie byłyście bardzo planowane, ale za to bardzo chciane ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzymaj trzymaj - przydadzą się ;)
      No własnie z tym planowaniem chyba właśnie tak jest :)

      Usuń
  4. Czasem lepiej, jak życie zdecyduje samo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam. Nawet pisałam o tym tutaj https://kfiatushek.blogspot.com/2017/05/i-chciaabym-i-boje-sie.html
      Gdybym miała "planować", to pewnie jeszcze dłuuugo by to trwało, aż w końcu nic by z tego nie wyszło, bo byłabym za stara. A tak, jak stanęlismy przed faktem dokonanym, to nie ma się już nad czym zastanawiać :)

      Usuń
  5. Mi w obu ciazach z Potworkami chcialo sie spac tak 16-17. Najgorsza pora, bo wlasnie wychodzilam z pracy. Pamietam, ze nieraz ryczec mi sie chcialo kiedy wsiadalam do auta, bo mialam wieksza ochote sie zdrzemnac niz jechac do domu. ;)

    Przypomnialo mi sie jak robilam test z Nikiem. Zrobilam go rano cichcem, bo nie bylam pewna czy to TO, czy mam urojenia. Kiedy wyszedl mi pozytywny test polecialam i obudzilam M., ktory odsypial nocke. Szarpie go za ramie i wolam "Obudz sie, jestem w ciazy!", a ten odwraca sie na drugi bok i mruczy "Tak tak, na pewno...". Faceci! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawie identycznie jak Mężu kiedy budziłam go jak zaczęłam rodzić. Mówię "Cos mnie boli, chyba musimy jechać do szpitala." A on na to "To się odwróć na drugi bok" :)))

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...