Przejdź do głównej zawartości

O tym jak urodziła się Lusia :-)

Po informacji, że przenoszą mnie na salę przedporodowa, po obdzwonieniu Męża i mamy spakowana czekałam na przeprowadzkę. Trochę to trwało, bo było kilka cesarek, trochę wypisow, trochę przyjęć, więc ostatecznie na nowym oddziale wylądowałam przed 13. Tam standardowa papierologia podczas przyjęcia i badanie. To było najgorsze. Przy 1cm rozważenia bolało jak jasna cholera i myślałam, że rozpłaczę się na tym fotelu. Było strasznie, ale nie narzekałam, bo przynajmniej coś zaczęło się dziać. Ordynator zarządził założenie balonika. Wbrew temu co czytałam i co słyszałam nie było to takie tragiczne. Wcześniejsze badanie było dla mnie dużo gorsze. Położne zrobiły mi ktg i kazały mi jak najwięcej chodzić. No to chodziłam... Od 15 do 22 tylko z przerwami na siku,  aż w końcu po 22 pogoniły mnie do spania, bo to co miałam wychodzić już wychodziłam. Dziewczyny na sali mówiły, że zazwyczaj ten balonik szybko wypada, więc jak w nocy wstałam do toalety pilnowałam, żeby go po drodze nie zgubić, ale nadal mocno tkwił w miejscu. Do rana nic się nie zmieniło i straciłam nadzieję na szybki rozwój zdarzeń. O 9 był obchód. Po nim kazali mi przyjść na badanie i nie pozwolili jeść śniadania. Pomyślałam sobie, że może planują cc, skoro nie mogę jeść. I jak wcześniej robiłam wszystko, żeby cc uniknąć, tak wtedy po 2 tyg na patologii byłam gotowa dobrowolnie stanąć pod drzwiami sali operacyjnej i powiedzieć tnijcie. Było mi już wszystko jedno. A że przez ten czas naczytalam się i nasłuchałam o porodzie baaaardzo dużo, to zaczęłam mieć cykorii,  mimo, że jedno dziecko już urodziłam. No normalnie się bałam ;-) super, co nie? No ale do rzeczy... Po obchodzie poszłam na to badanie, wyjęli mi ten balonik i okazało się, że jak był 1 cm, tak 1 cm został. Mieli zrobić mi dzień przerwy i następnego dnia podać kroplówkę. Wróciłam więc na salę. Pół godziny później przyszła położna. Kazała mi wziąć ze sobą wodę i telefon, żeby mi się nie nudziło i powiedziała, że zrobią mi test, żeby zobaczyć jak reaguje na oksytocynę. No to poszłam. O 10 podpięli mi pompę z oksytocyną i tak sobie leżałam i gadałam z przyjaciółką na messengerze, pisałam smsy do męża i do mamy, a godziny mijały. Kompletnie nic się nie działo. Położna przychodziła co jakiś czas podkręcać dawki i śmiała się, że jestem odporna, skoro nic nie czuje. A ja naprawdę nie czułam żadnej różnicy. O 11:30 strasznie chciało mi się siku i pozwolili mi iść do łazienki. Tam złapał mnie pierwszy skurcz, a jak wróciłam na salę porodowa był drugi. Od razu co 3 minuty. Nagle wszystko się rozkręciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Była 12. Zaczęło mnie dość mocno boleć, położna mnie zbadała, w panice zawołała swoją koleżankę i padły słowa, których się nie spodziewałam "pełne rozwarcie, czuję już główkę, niech pani szybko dzwoni po męża". No i zaczęła się jazda bez trzymanki... Co chwilę ktoś przebiegał z narzędziami, grzali łóżeczko dla Lusi.. Szaleństwo :-) a ja zapomniałam jak się prze :-) kilka nieudolnych parć później otworzyłam oczy i... Zobaczyłam Lusię :-) w porównaniu do Juniora była taka malutka, że nie mogłam w to uwierzyć. wszyscy byli w szoku, że to już, bo przecież nic się nie działo i nagle bum :-P a mężu nie zdążył dojechać .... :-) i w ten sposób 17 maja 2018 roku o 12:15 staliśmy się czteroosobową rodziną :-)))

Komentarze

  1. Wow, to naprawde poszlo ekspresowo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie :)) I szybko rzeczywiście :D

    OdpowiedzUsuń
  3. daywith coffee18 czerwca 2018 06:03

    no i super ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Co za akcja.
    Wzruszyłam się.

    Ja podawanie oksytocyny przez 7-8 godzin wspominam bardzo źle. Bóle krzyżowe wręcz wykręcały mi wnętrzności a rozwarcia nie było dalej.
    Na cesarkę mnie powieźli dopiero gdy dziecko straciło tętno.

    Cieszę się że u Was wszystko ok ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ja czytałam i słuchałam o tego typu akcjach, stąd mój straci przed porodem mimo, że wiedziałam jak to wygląda. Na szczęście u nas poszło bez problemu

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. O tak, tylko wody odeszły mi na sali, a nie w jakimś dziwnym miejscu jak to zwykle w filmach bywa.

      Usuń
  6. No ładnie! Przynajmniej po tych 2 tygodniach finał poszedł błyskawicznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała ciąża była pełna dziwnych przypadłości, więc szybki poród był nagrodą po tym wszystkim

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. No byłoby ciężko, choć wtedy z krwawienie mężu dowiódł mnie do szpitala w 7 minut. Ale wtedy to było o 23, a teraz w samo południe byłoby ciężko :-P

      Usuń
  8. Cieszę się że końcówka była ekspresowa :) jeszcze raz gratuluję.
    Szczerze,to powiem Ci że też bym tak chciała.
    Ja już czasem łapię cykora. Pierwszy poród miałam zakończony cc po oksytocynie i innych "atrakcjach".. brr nawet o tym nie myślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja narodziny Juniora wspominam bardzo dobrze, choć trwały ok 9 godzin, a teraz to była tylko 1 godzina. Ja właśnie balam się tych atrakcji, na szczęście ich nie miałam

      Usuń
    2. U mnie po 14 godzinach zdecydowali o cc a reszty można się domyślać...
      Może u mnie tym razem będzie lepiej :)

      Usuń
    3. Mówią, że każdy poród jest inny więc może akurat

      Usuń
  9. No Ty rzeczywiscie odporna jestes! ;) Ja na oksytocynie wytrzymalam do 7 cm rozwarcia, po czym zazadalam znieczulenia. ;)
    A porod ekspresowy, tylko pozazdroscic! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przy Juniorze też dostałam kroplowke z oxy pod koniec prostu na wzmocnienie skurczy, ale wtedy zadziałała momentalnie, a teraz jakby mi woda do żył płynęła :-P
    No takiego porodu życzę wszystkim :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jednym słowem nie miałaś czasu się poważnie zestresować ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On to prawda, w sumie tottor miałammmiałam na cokolwiek :-:

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...