Przejdź do głównej zawartości

Relacja ze szpitalnego spa

Nasz pobyt w szpitalu był kompletnie niespodziewany. Przez całą ciążę nastawiałam siebie i Juniora na kilkudniowy pobyt w szpitalu związany wyłącznie z narodzinami Lusi. Jak widać wyszło inaczej.

A było tak...

30.04. rano pojechałam zrobić standardowe wyniki. Poza tym moja zgaga osiągnęła już taki poziom, że nie mogłam spać, do tego zaczęły swędzieć mnie dłonie i podeszwy stóp. Mniej więcej wiedziałam co to może oznaczać, bo kiedyś sporo czytałam na ten temat. Wysłałam smsa do Doktorka, a on kazał mi zrobić dodatkowe badania. Wyniki odebrałam 02.05. Oczywiście wartości podwyższone, choć nie jakoś strasznie, więc nie przejmowałam się jakoś bardzo. Doktorek kazał przyjechać do siebie na dyżur do szpitala z wynikami 04.05. rano. Ok, nie ma problemu. Odstawiliśmy Juniora do dziadków i pojechaliśmy do szpitala. Byłam pewna, że Doktorek obejrzy wyniki, ewentualnie zrobi mi ktg, usg, przepisze tabletki i wrócimy do domu. A on owszem zrobił badania, ale tabletek nie dał i powiedział, że to cholestaza i zostaję w szpitalu. To był piątek. Nie podobał mi się taki rozwój sytuacji, ale miałam zostać tylko do wtorku, więc stwierdziłam, że jakoś wytrzymam. Mężu pojechał do domu po moje rzeczy, a mnie przyjmowano na patologię ciąży. Pielęgniarka pobrała mi krew, założyła gustowną bransoletkę, od której dostałam takiego uczulenia, że do tej pory mam ślad na ręce i zaprowadziła na salę, na której były już dwie dziewczyny. Mężu przywiózł mi rzeczy, posiedział chwilę i wysłałam go do domu, bo płakać mi się chciało, że muszę tam zostać. Ale stwierdziłam, że dam radę, w końcu to tylko KILKA dni. Mhm… ładne mi kilka. Dobrze, że mój Doktorek pracuje w tym szpitalu, bo inaczej nie wiedziałabym kompletnie nic z tego, co się działo, ordynator powtarzał tylko, że będzie informował na bieżąco, a tak naprawdę nie mówił nic. Doktorek przychodził do mnie po 2-3 razy dziennie, mówił jakie są wyniki i co planują dalej. Zlecił mi ktg 2 razy dziennie, tabletki na uspokojenie kwasów w żołądku, ścisłą dietę (wszystko gotowane, bez przypraw, nic słodkiego, jednym słowem bleeee…) i kazał czekać do wtorku na wyniki. Dobrze, że miałam fajne towarzystwo na sali, bo inaczej bym tam zwariowała już pierwszego dnia. Jakimś cudem dotrwałam do wtorku i jak na szpilkach czekałam na poranny obchód. Przyszli. Byłyśmy w sali we trzy. Pierwsza dziewczyna - do domu, druga - do domu. Przyszła moja kolej - Pani wyniki są dwa razy takie jak w piątek ( z 56 zrobiło się 118), zostaje Pani bezwzględnie do porodu. Załamka. Dzwoniłam po kolei do Męża, do rodziców i ryczałam w słuchawkę, że ja chcę do domu. I tak do popołudnia. Załapałam doła, bo jak to? Mam siedzieć w szpitalu, jak do porodu jeszcze 4 tygodnie (według pierwotnych obliczeń), a w domu przecież czeka mój syneczek. Wiedziałam, że w przypadku cholestazy poród wywołuje się wcześniej, w okolicach 39 tc, bo im wyższy tydzień, tym większe ryzyko dla dziecka, takie jak przedwcześnie starzejące się łożysko, zatrucie toksynami, niedotlenienie czy nawet obumarcie dziecka. Ale nikt mi nic konkretnego nie mówił. Do diety i tabletek doszły jeszcze kroplówki 2 razy dziennie. I tak mijał dzień za dniem. Mężu przyjeżdżał codziennie, Junior też był kilka razy. Dzięki Bogu, moje dziecko stanęło na wysokości zadania i było bardzo dzielne. Gdyby za mną płakał czy coś, to już chyba całkiem padłoby mi na głowę, a i bez tego było wystarczająco ciężko. W dni powszednie jakoś czas leciał, najgorzej było w weekendy. W tygodniu po korytarzu kręcili się lekarze, był jakiś ustalony rytm dnia, w weekend można było zobaczyć tylko lekarza dyżurnego, a z pielęgniarkami była totalna rozpierducha. Minął kolejny tydzień. Na poniedziałkowym obchodzie ordynator stwierdził, że w tym tygodniu będziemy próbować rodzić, prawdopodobnie w piątek. No i wtedy jakoś lepiej mi się zrobiło, bo miałam konkretny cel, jakiś plan, termin, cokolwiek czego mogłam się trzymać. W środę rano, 12 dnia pobytu w szpitalnym SPA, na obchodzie usłyszałam, żebym się pakowała, bo przenoszą mnie na porodówkę, na salę przedporodową i będziemy powoli działać. No euforia. Obdzwoniłam Męża i mamę i spakowana czekałam na przeprowadzkę...

Ciąg dalszy nastąpi niebawem ;)

Nie piszę dziś o samym porodzie, bo był tak niecodzienny (przynajmniej dla nas), że to temat na osobną opowieść :P

Miłego dnia :)

Komentarze

  1. No widzisz, czasem życie pisze zupełnie inne scenariusze niż nam się wydaje.. :) czekam z niecierpliwością na dalszą część :)
    https://day-with-coffee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobnie wyglądał mój pobyt na patologii przed 1 porodem, tylko powód trochę inny, małowodzie. A pierworodnego też zostawiłam na dłużej gdy rodził się drugi synek, ale w sumie po pierwszym razie byłam na to przygotowana, że wszystko jest możliwe :P Młody się urodził jako wcześniak i musiałam z nim trochę posiedzieć w szpitalnych murach.. Tylko dziewczyny urodziły się zdrowe i bez problemów, po 2 dniach wychodziłyśmy do domu - może dla kogoś norma, ale dla mnie to był wtedy szok :D że może być tak łatwo.
    Najważniejsze, że macie to już za sobą! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To u nas odwrotnie, z Juniorem żadnych problemów, a teraz co chwilę coś

      Usuń
  3. Pewnych sytacji nie można przewidzieć, można planować zakładać a życie i tak swoje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Jak to się mówi : jeśli chcesz rozsmieszyc Pana Boga opowiedz mu o swoich planach ;-)

      Usuń
  4. Z ciaza i porodem niestety juz tak jest, ze mimo iz to MY nosimy to dzieciatko, to tak naprawde malo zalezy od nas. Pamietam jak w pierwszej ciazy napisalam piekny, szczegolowy plan porodu (bo przeciez wszystkie poradniki zalecaja takowy miec), a jak powiedzialam o nim mojemu ginekologowi, to spojrzal na mnie dziwnie i powiedzial, ze plan moge miec, czemu nie, ale i tak trudno przewidziec jak sie wszystko potoczy. ;)

    Wspolczuje Ci tego lezenia w szpitalu. Ja (glupia, niedoswiadczona pierwowodka :D) bylam niezadowolona, ze musze sie stawic DZIEN przed przy wywolywaniu porodu z Bi. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak zazwyczaj plany nijak maja się do rzeczywistości.
      Teraz z perspektywy czasu jeden dzień to nic. Nie przekazały te początkowe 4, a gdybym wiedziała, że z 4 zrobi się 17 to wpadlabym w depresje

      Usuń
  5. Wielka szkoda, że nie można wszystkiego przewidzieć i zaplanować i pojawiają się trudności. Ale dobrze,że finał szczęśliwy ;)
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety nie da się wszystkiego przewidzieć i życie czasami zaskakuje. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, a właściwie zaczęło się nasze życie we czworo :-)

      Usuń
  6. Zwariowała bym gdybym musiała tyle w szpitalu spędzić.
    Cieszę się że Twój synek tak dobrze zniósł ten czas.
    Dla mnie 3 dni w szpitalu to była męka.
    Mnie też nikt o niczym nie informował, to było straszne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To że ja nie zwariowana to prawdziwy cud

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...