Przejdź do głównej zawartości

Podwójna mama

Ten post pisałam na kilka razy w czasie drzemek Lusi, które ostatnio nie trwają zbyt długo. Zęby w natarciu...
 
Uwierzycie, że w piątek minął okrągły rok od dnia, w którym zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, a tym samym Lusia ujawniła swoje istnienie? I że w najbliższą niedzielę Juniorowi stuknie okrągłe 5 lat? PIĘĆ!! No szok po prostu. Czas zasuwa jak oszalały, a ja staram się nie myśleć, że za 10 tygodni mi też stuknie.... więcej lat, niż bym chciała. A to jeszcze większy szok. Niby wiem ile mam lat, teoretycznie wiem ile mam lat, ale jak patrzę w lustro jako mimowolnie pomijam te pojedyncze (jeszcze) siwe włosy na łepetynie, i ta cera jakąś taką... inną, a widzę osobę która ma co najmniej 10 lat mniej. I w środku też tak się czuję. Mentalnie zatrzymałam się mniej więcej na 23-24 latach i tej wersji się trzymam. Zresztą mój dziadek w wieku 70 lat też zawsze mówił, że czuje się jakby miał ciągle 18. O! A od starszych trzeba się uczyć :P

No, ale wracając do tematu. Jestem mamą już od 5 lat. Podwójną mamą od prawie 5 miesięcy i powiem Wam, że za tym drugim razem różnica jest powalająca. Ostatnio byłam na spacerze z bardzo dobrą koleżanką, która ma dzieci mniej więcej w wieku moich. Jej starsza córeczka jest 4 miesiące młodsza od Juniora, a synek dwa miesiące starszy od Lusi, więc prawie identycznie. No i tak sobie na tym spacerze rozmawiałyśmy, że do tych drugich dzieci podchodzimy zupełnie inaczej niż do pierwszych. Obie przyznałyśmy, że jesteśmy teraz dużo spokojniejsze. Wiadomo, człowiek stresuje się tym, co nieznane, a że przy pierwszym dziecku wszystko jest nowe, więc nietrudno o stres. Za drugim razem już w szpitalu czułam, że jest inaczej.Nie trzęsły mi się ręce przy pierwszej zmianie pieluszki, nie panikowałam, że mam za mało pokarmu, bo wiedziałam, że lada moment się pojawi i jeszcze będę cierpieć z powodu nawału. W domu też wszystko było na spokojnie. Jedyne czym się denerwowaliśmy to była reakcja Juniora, ale i on pozytywnie nas zaskoczył. Wiadomo, nie zawsze jest kolorowo, bo czasem i Lusia ma gorsze chwile, kiedy jest zmęczona i nic jej nie pasuje albo kiedy nie chce leżeć w wózku tylko spacerować na rękach, ale to przecież normalne i po prostu trzeba znaleźć na to sposób. Jak Junior był malutki biegliśmy na każde jego stęknięcie, jak płakał często rzucaliśmy wszystko, żeby Go uspokoić itd. Z Lusią jest inaczej. Co prawda ona bardzo mało płacze, ale jak już jej się zdarzy, a ja czy Mężu akurat nie możemy do niej podejść od razu, zerkamy czy wszystko jest ok i podchodzimy za momencik. Nauczyliśmy się już, że nic jej nie będzie jak poczeka minutę dłużej. Jesteśmy obok, czuwamy i wszystko jest ok. Przed Juniorem naczytałam się o różnych metodach i początkowo miałam zamiar je wprowadzać, ale szybko zrezygnowałam, bo każde dziecko jest inne i na każde dziecko działa coś innego. Mam taką znajomą, która córkę wychowywała według tabelek, rozpisek, testów reakcji na gluten itp. Jak dla mnie to była jakaś masakra jak jej słuchałam. Czasem miałam wrażenie, że bardziej pilnuje schematów i tabelek niż tego, czego naprawdę chciała i potrzebowała Ninka* (imię na potrzeby wpisu). Sama po swoich dzieciach widzę, że tabelki można sobie wsadzić w... buty :P To co działało na Juniora nie działa na Lusię i odwrotnie, więc dla mnie jedyna skuteczna metoda, to metoda prób i błędów. Inaczej się nie da. Chyba :P We wrześniu była u nas moja kuzynka, która rodzi pod koniec października i była w ciężkim szoku, że Mężu usypiał Lusię na rękach. "Bo przecież się przyzwyczai". A jeszcze większy szok przeżyła jak jej powiedziałam, że absolutnie nie przeszkadza nam to, bo mamy zamiar oboje tulić póki się da. Za kilka lat Junior już się nie da, bo przecież to obciach.

Tak czy siak powiem Wam, że super jest być podwójną mamą. I teraz wiem, że wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce i nasza rodzinka jest już w komplecie.
 
A jak było u Was na drugim i kolejnym razem?

Komentarze

  1. Tak sobie czytam jak jest u Was i zastanawiam się jak będzie u nas ;) Jeszcze 6 tygodni mi zostało do poznania tego podwójnego macierzyństwa ale już widzę różnicę w samym podejściu do ciąży...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba zawsze jest wielka niewiadoma i znowu coś nowego 🙂 na pewno dacie radę. I masz rację, już samo podejście do ciąży jest zupełnie inne.

      Usuń
  2. Łoj... To ja się czuję na nieco starszą....na 28 :)
    Kilka już lat z rzędu.
    Wcześniej miałam 23.
    Co prawda byłam NAJSTARSZA na oddziale noworodkowym, ale luz.... ;)
    Faktycznie, macierzyństwo za drugim razem jest całkiem inne. Spokojniejsze przede wszystkim....
    Staram się teraz łapać każdą chwilę, bo wiem, że może już się to nie powtórzyć. Zawsze chciałam mieć 4 dzieci, a tu drugie ledwo wyszło ;)
    I prawda, Prezesowa też najbardziej lubi zasypiać na kimś ;) I też nam to nie przeszkadza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 28 też może być 😜 ja byłam w szoku, bo i na patologii ciąży i na sali po porodzie zazwyczaj byłam jedną z młodszych. Przeważnie leżały ze mną panie 38-39 lat, a jedna była grubo po 40. Tylko kilka dziewczyn było młodszych. Kiedyś muszę o nich napisać, bo to były bardzo "ciekawe" przypadki 😜
      Ja uwielbiam jak Lusia na mnie śpi i genu nie huk roboty w domu mogłabym tak z nią siedzieć pół dnia 😜

      Usuń
  3. Ważne żeby jakoś to wszystko funkcjonowała ale chyba coś w tym jest że za drugiem razem wiemy więcej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby każde dziecko jest inne ale za drugim razem ma się już jakieś doświadczenie i człowiek się jak się zabrać za różne rzeczy

      Usuń
  4. oj chciałabym tego drugiego razu doświadczyć. :)
    Taka bezgraniczna miłość i zaufanie od takich podwójnych par malutkich rączek i nóżek musi być niesamowita.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojj taaak. Za drugim razem jakos bardziej to odczuwam, może dlatego, że mam już cztery takie rączki

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...