Przejdź do głównej zawartości

Z domowej codzienności

Lato, lato i po lecie. W tym roku nie mogę narzekać, bo pół roku takiej pięknej pogody nie zdarza się zbyt często. Ba, w moim życiu chyba w ogóle pierwszy raz coś takiego widziałam. A teraz brutalny powrót do rzeczywistości. Jeszcze w czwartek było 19 stopni, pięknie grzało słońce, choć na ulicach u nas w Miasteczku można było zobaczyć cały przegląd zawartości szaf przechodniów. Od puchowych kurtek, przez bluzy i swetry po cienkie koszulki. I jako ta wisienka na torcie - JA :P W koszulce, krótkich spodenkach i sandałkach :)))) Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo w tym roku to chyba była ostatnia okazja, żeby tak się pokazać na ulicy. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, ale co tam, mi było ciepło, a w słońcu momentami nawet gorąco. Ale ja mam rozregulowany wewnętrzny termostat, bo wtedy było mi gorąco, a teraz przy 23 stopniach w domu ja siedzę w bluzie i skarpetach. I tak będzie aż do wiosny. Ja w ogóle jakoś tak mam, że jak przychodzi jesień, choćby w domu było 23-24 stopnie to mi i tak jest zimno i siedzę zamotana w co się da i jeszcze herbatą się grzeję. Taki cudak ze mnie.

Weekend minął nam pod znakiem rotawirusa. W piątek po południu pojechaliśmy na zakupy i Junior marudził coś, że boli go brzuch, ale stwierdził, że cisną go spodnie. Poluzowałam i mówi, że ok, więc się uspokoiłam. Kilka minut później zjadł loda i brykał jak młoda kózka, więc byliśmy już całkiem przekonani, że naprawdę chodziło o spodnie. W sobotę pojechał nocować do dziadków, przez cały dzień wszystko było ok, a w nocy zaczęła się jazda. Od 2 w nocy do rana wymiotował 6 razy. Ostatni raz koło 8 rano. Do 12 był jak dętka, a później nagle wstąpiło w niego nowe życie i od tamtej pory wszystko jest ok. Na początku nie chciał jeść, bo bał się, że znów będzie wymiotować, ale już je normalnie. Zostawiłam go jeszcze na kilka dni w domu, żeby całkiem wydobrzał i żeby najgorsze przewinęło się przez przedszkole, bo podobno rozłożyło połowę dzieci. Nas na szczęście ominęło. Bałam się o Lusię, bo takie maluchy przechodzą to dziadostwo wyjątkowo ciężko. Lusia niby jest chroniona, bo jest na cycku i dodatkowo zaszczepiliśmy ją na rotawirusy, ale wiadomo, człowiek mimo wszystko się stresuje. Wirusisko nas ominęło, ale rykoszetem oberwali dziadkowie i teraz oni zdychają. A my siedzimy uziemieni w domu w poniedziałek byliśmy trochę na spacerze, ale od wczoraj tak u nas wieje, że nie za bardzo da się wyjść, więc szukamy sobie zajęcia. Na przykład obejrzeliśmy już obie części Kevina, więc można powiedzieć, że u nas już święta :P Dobrze, że Junior dostał na urodziny kilka gier planszowych, to przynajmniej mamy jakieś urozmaicenie, bo ileż można się bawić traktorami.

W ten weekend będziemy świętować mężowe urodziny (choć chyba tylko we własnym domowym gronie, skoro moi rodzice walczą z rota). Zrobię mu sernik (bo takie dostałam zamówienie), a zamiast tortu będą róże z jabłek i ciasta francuskiego. Tak mnie poniosło :P w ogóle ostatnio mam jakąś taką wenę do gotowania i pieczenia. Dziś na przykład kuchnia serwuje dietetyczne klopsy dla Juniora i makaron z pomidorami, bazylią i groszkiem cukrowym dla nas. Jeszcze nigdy go nie robiłam, więc nie bardzo wiem co to wyjdzie, ale może będzie dobre. Za to jak zrobiłam Juniorowi tort na urodziny, to nie został nawet jeden okruszek, że tak nieskromnie się pochwalę. No normalnie polubiłam takie kucharzenie. Szkoda tylko, że nie będę miała na to tyle czasu jak wrócę do pracy.

A właśnie a propos powrotu do pracy, to powiem Wam, że tym razem jest jakoś tak inaczej, niż przy Juniorze. Jak on był mały na myśl o powrocie do pracy dostawałam gęsiej skórki. Bałam się jak to będzie i nie miałam najmniejszej ochoty wracać. Teraz może ze względu na pracę podchodzę do tego bardziej na luzie. Pewnie dlatego, ze swoją pracę bardzo, bardzo lubię i będzie to dobra odskocznia na kilka godzin od domowej codzienności, ale też dlatego, że już wiem jak to jest. Znaleźliśmy Lusi zaufaną nianię i chcielibyśmy jeszcze rok przetrzymać ją w domu, a później pójdzie do przedszkola w takim wieku jak Junior. Swoją drogą powiem Wam, że Lusia, to moje maleństwo, któe przecież dopiero się urodziło, zajada owoce aż jej się uszka trzęsą. Tydzień temu skończyła 5 miesięcy i zaczęłam jej powoli dawać różne rzeczy do spróbowania. Warzywka póki co są zdecydowanie na nie, nie smakują jej, ale za to owoce, a zwłaszcza banan... no proszę Państwa... rewelacja. tak otwiera ten swój mały dzióbek, aż miło. Junior też taki był, a teraz ma dni, że ładnie zje, a ma też takie, że nijak nie da mu niczego wcisnąć. Przez wakacje sporo urósł, ale waży tyle samo co ważył i przez to stał się takim chudzielcem, że aż strach patrzeć. Trzeba go podtuczyć przez zimę, bo ktoś nas kiedyś posądzi, że dziecko głodzimy.

Ok, pora na drzemkę Lusi i może wreszcie uda mi się wypić gorącą kawę. Albo chociaż ciepłą... ;)

Komentarze

  1. Dużo zdrowia i udanej imprezy urodzinowej

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem CI że z odczuwaniem zimna mam tak samo. W domu ciepło a ja poubierana i najlepiej pod kocykiem :P
    Z rotawirusami faktycznie kiepsko. Nasz Młody też był szczepiony i dzięki temu jak już złapał to łagodnie przeszedł i było po sprawie.
    Najlepsze życzenia dla Męża :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to witaj w klubie.
      Rotawirusy to straszne dziadostwo.
      Dzięki za życzenia. A jak samopoczucie?

      Usuń
    2. Dzięki :) samopoczucie dobrze :)

      Usuń
    3. Oby tak było do samego końca ��

      Usuń
  3. Przybijam piatke. Tez na dworze wystarczy mi 18 stopni, byle slonce bylo. A w domu dopiero przy 25 stopniach chodze w krotkim rekawku. ;)
    Moi na rotawirusy byli szczepieni, ale i tak czasem zlapali jakies rzyganko i podzielili sie z rodzicami. :D Na szczescie juz kilka lat sie nie zdarzylo...
    Mi tez latwiej bylo wrocic do pracy przy drugim. Juz to przerobilam, wiedzialam, ze da sie ogarnac, to i stres byl mniejszy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję że te szczepienia dobrze działają.
      Zdecydowanie da się ogarnąć ��

      Usuń
  4. Lato faktycznie było cudowne w tym roku....ja niestety nie użyłam, bo jak partyzant szukałam tylko gdzie by się schować....upały w ciąży chciały mnie wykończyć ;)
    Rotawirusa nie zazdroszczę, u nas też się przewinął (ja i M) na szczęście krótko, obeszło się bez rzygania, a na resztę węgiel szybko pomógł :)
    Ja na rota nie szczepiłam.... mnie szczepionka, która niekoniecznie zadziała nie przekonuje. Niestety szczep może okazać się nieaktualny :-/ Mam jednak nadzieję, że żadna z nas nie będzie musiała się o tym przekonywać :)

    100 lat dla męża :)
    widzę, że macie urodzinowy okres :)
    my też :)

    Ja jestem przerażona powrotem do pracy...staram się odsuwać od siebie tę myśl jak najdłużej :) Łapię każdą chwilę z Kiwu jak głupia...obiecałam sobie, że dopiero koło lutego zacznę wpadać w panikę, do września powinnam ogarnąć temat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My długo się zastanawialiśmy nad szczepienie ale ostatecznie je wykupilismy. Póki co Lusia się uchowala
      Dzięki w imieniu męża ��
      Ja też staram się nacieszyć każda chwilą z Lusinka, ale wydaje mi się, że tym razem będzie łatwiej psychicznie. Chyba...

      Usuń
  5. Oj, my też przerabialiśmy jakiś okropny wirus żołądkowy. Najpierw Faustynkę wymęczyło, a kilka dni później Maciusia.
    Zawsze na jesieni się musi jakieś takie dziadostwo przyplątać.
    Zdrówka!
    Buziaki dla dzieciaczków :*:*:*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...