Jakoś nie mogę się przestawić na tryb codzienność po tych naszych wakacjach. Po pierwsze pierdzielą mi się godziny, bo jak Junior chodził do przedszkola mieliśmy ustabilizowany rytm dnia i jakoś łatwiej było się połapać, a teraz jak nie musimy nigdzie jechać na konkretną godzinę nigdy nie wiem która jest. Poza tym na urlop zawsze jeździliśmy w sierpniu albo na przełomie lipca i sierpnia, więc powrót z urlopu oznaczał bliski koniec wakacji . W drodze powrotnej zawsze mijalismy skoszone pola, a teraz wszędzie zielono. Albo prawie zielono. Jesteśmy już po urlopie, a jest dopiero czerwiec. Jestem przez to strasznie zakręcona. W dodatku temperatura nie sprzyja myśleniu, więc z góry przepraszam za błędy.
No dobra, bo miała być relacja z wakacji, a nie z mojego nieogarnięcia.
A było tak...
Po opublikowaniu poprzedniego posta broń Boże nie wzięłam się za robotę, choć czas gonił. O nie nie... Zamiast tego zapakowałyśmy się z Lusią do auta i pojechałyśmy na spacer do miasteczka. Kto by tam myślał o pakowaniu na kilka godzin przed wyjazdem na urlop, skoro można iść się przejść, co nie? 😜 My w każdym razie tak zrobiłyśmy. Przy okazji odebrałyśmy kwiaty dla pań z przedszkola Juniora i dostarczylyśmy je na halę sportową, gdzie odbywało się zakończenie roku szkolnego, ze ściśniętym gardłem odebrałyśmy Juniora (wiedząc, że to już ostatni raz) i pojechaliśmy do domu się szykować. Junior totalny luz, a matka zaczęła powoli świrowac ze stresu. Mężu po pracy szybko się ogarnął, odstawił nas pod szkołę i pojechał na pogrzeb, a my na salę. Klucha w moim gardle zaczęła niebezbiecznie rosnąć z każdą minutą. Lusię sprzedałam dziadkowi (swoją drogą biedny dziadek, Lusesita zasnęła mu na rękach 5 minut po rozpoczęciu występów i spała tak przez godzinę w 30-stopniowym upale), a ja czekałam z moją mamą na występ. Wybiła 16, huknely pierwsze dźwięki poloneza, a ja nie mogłam przełknąć śliny ze wzruszenia. W dodatku musiałam trzymać ręce w miarę nieruchomo, bo nagrywalam wszystko mężowi aparatem (a to cholerstwo jest strasznie ciężkie ). Po polonezie były występy, przemówienia, wręczanie dyplomów, a na koniec jak to Junior określił "piosenka rozczulająca". Dzieci śpiewają, panie śpiewają razem z nimi i płaczą, rodzice płaczą, a ja biedna z tym aparatem i ścisniętym gardłem musiałam się trzymać, bo a) zapomniałam chusteczek, b) siedziałam w pierwszym rzędzie, c) zostałam wrobiona we wręczanie kwiatów Pani z grupy Juniora, więc wypadało jakoś w miarę przyzwoicie wyglądać. Z gorąca i tak połowa makijażu mi splynęła, gdyby dodać jeszcze rozmazane i zapuchnięte od płaczu oczy, efekt byłby powalający 😜 no więc byłam dzielna. Junior stanął na wysokości zadania, wystąpił pięknie, odebrał dyplom i w tym momencie na salę wpadł prosto z cmentarza zziajany Mężu i udawał, że był przez cały czas. Ufff udało się. Do domu dotarliśmy koło 19, bo poszliśmy jeszcze na chwilę na stypę. Godzina pakowania i byliśmy gotowi do drogi. I jestem z siebie dumna, bo nawet niczego nie zapomnieliśmy. No dobra, zapomniałam sukienki, którą kupilam sobie specjalnie na wakacje. Przypomnialam sobie dopiero 3 dnia pobytu
ale to się nie liczy 😜
Wyjechalismy chwilę po 3, a na miejscu byliśmy o 9, w tym była jeszcze godzinna przerwa na kawę w maku, więc wynik mieliśmy całkiem niezły. Wynajęliśmy apartament w Sopocie, żeby mieć bazę wypadową do zwiedzania i powiem wam, że to było całkiem dobre posunięcie, bo było bardzo spokojnie. Większość urlopu przypadła jeszcze przed sezonem, więc nie było za dużo ludzi. Jedynym minusem było dla mnie to, że nie wybraliśmy drugiego mieszkania, które braliśmy pod uwagę, bo było w nowiutkim budynku i ciut lepszej lokalizacji, ale mimo to i tak było spoko. Rano chodziliśmy na 3 godziny na plażę, a później zwiedzaliśmy. Z tego co chcieliśmy zobaczyć zaliczyliśmy prawie wszystko oprócz Helu, bo skutecznie odstraszyły nas korki. Raz nawet byliśmy już w drodze, ale zawróciliśmy i daliśmy sobie spokój, bo bez sensu było tracić 3 godziny na siedzenie w samochodzie, w dodatku z Lusia, której nagle odwidziały się dalsze podróże i po jakimś czasie w foteliku drze się jakby ktoś obdzierał ja ze skóry. W sumie dlatego wyjechaliśmy nad morze w nocy, dzięki temu Lusia większość drogi przespała i oszczędziła nasze uszy. Ale wracając do tematu. Zamiast Helu przepłynęliśmy się statkiem po morzu. To znowu odwidziało się Juniorowi, bo rok temu nie chciał nawet słyszeć o wejściu na pokład, a w tym roku zaciągnął nas na statek już pierwszego dnia przy okazji spaceru po sopockim molo.
Byliśmy w Gdańsku, jechaliśmy kołem widokowym AmberSky, zwiedziliśmy starówkę i muzeum II wojny światowej. Powiem wam, że Gdańsk baaaardzo mi się spodobał, chyba na równi z Krakowem i Wrocławiem.
Następnego dnia byliśmy w Gdyni zobaczyć akwarium, Dar Pomorza i ORP Błyskawica. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Centrum Nauki Experyment (Junior był zachwycony i teraz cały czas robi eksperymenty). Kolejny dzień był pochmurny, więc pojechaliśmy do aquaparku w Redzie. Junior trzęsiportek odważył się tylko na leniwą rzekę i próby pływania w małym basenie, za to nasz domowy Rambo Lusia wlazłaby wszędzie, gdyby tylko jej pozwolić. Jeździła na zjeżdżalniach dla maluchów, pływała ze mną na pontonie, nawet drepcząc w baseniku dla dzieci wkładała głowę pod wodę, więc widzicie jaki to charakterek 😜
Powrót do domu niestety zbliżał się nieubłaganie. Wyjechaliśmy w niedzielę bardzo późnym popołudniem, ruch na drodze był bardzo duży, dzięki wujkowi Google udało nam się ominąć korki, ale mimo to powrót zajął nam 7 godzin. Pod dom zajechaliśmy równo o północy.
Powiem wam, że kiedy Mężu wymyślił, że moglibyśmy pojechać do Trójmiasta nie byłam do tego za bardzo przekonana, bo dla mnie wyjazd nad morze zawsze oznaczał Pomorze Zachodnie, ale nie żałuję. Bardzo mi się podobało i mogę śmiało powiedzieć, że to były jedne z naszych najfajniejszych wakacji. Chcielibyśmy jeszcze gdzieś wyskoczyć w tym roku, ale zobaczymy czy nam się uda. Za tydzień Mężu leci na tydzień do Azji, a później zostanie mi kilkanaście dni i do pracy. Ewentualny wyjazd musimy jeszcze jakoś zgrać z zerówką Juniora, także musimy pomyśleć jak to zrobić. Może wyskoczymy chociaż na jakiś weekend. Sie okaże.
Zresztą upały za oknem i tak sprawiają, że człowiek czuje się jak na tropikalnej wyspie. Tylko turkusowego morza brak. Siedzimy uziemieni w domu, w dodatku tylko na dole, bo na górze są 32 stopnie i nie ma czym oddychać. Chyba musimy zacząć myśleć o montażu klimatyzacji, bo taki klimat chyba już w Polsce zostanie.
Mam nadzieję, że was nie zanudziłam i nie uśpiłam, bo dziś było dość długo 😜 następnym razem będzie zaległy bilans Lusi, a tymczasem idę wstawić młode ziemniaczki. Dziś kuchnia serwuje ziemniaczki z cebulką i kefirkiem. Mniam
No dobra, bo miała być relacja z wakacji, a nie z mojego nieogarnięcia.
A było tak...
Po opublikowaniu poprzedniego posta broń Boże nie wzięłam się za robotę, choć czas gonił. O nie nie... Zamiast tego zapakowałyśmy się z Lusią do auta i pojechałyśmy na spacer do miasteczka. Kto by tam myślał o pakowaniu na kilka godzin przed wyjazdem na urlop, skoro można iść się przejść, co nie? 😜 My w każdym razie tak zrobiłyśmy. Przy okazji odebrałyśmy kwiaty dla pań z przedszkola Juniora i dostarczylyśmy je na halę sportową, gdzie odbywało się zakończenie roku szkolnego, ze ściśniętym gardłem odebrałyśmy Juniora (wiedząc, że to już ostatni raz) i pojechaliśmy do domu się szykować. Junior totalny luz, a matka zaczęła powoli świrowac ze stresu. Mężu po pracy szybko się ogarnął, odstawił nas pod szkołę i pojechał na pogrzeb, a my na salę. Klucha w moim gardle zaczęła niebezbiecznie rosnąć z każdą minutą. Lusię sprzedałam dziadkowi (swoją drogą biedny dziadek, Lusesita zasnęła mu na rękach 5 minut po rozpoczęciu występów i spała tak przez godzinę w 30-stopniowym upale), a ja czekałam z moją mamą na występ. Wybiła 16, huknely pierwsze dźwięki poloneza, a ja nie mogłam przełknąć śliny ze wzruszenia. W dodatku musiałam trzymać ręce w miarę nieruchomo, bo nagrywalam wszystko mężowi aparatem (a to cholerstwo jest strasznie ciężkie ). Po polonezie były występy, przemówienia, wręczanie dyplomów, a na koniec jak to Junior określił "piosenka rozczulająca". Dzieci śpiewają, panie śpiewają razem z nimi i płaczą, rodzice płaczą, a ja biedna z tym aparatem i ścisniętym gardłem musiałam się trzymać, bo a) zapomniałam chusteczek, b) siedziałam w pierwszym rzędzie, c) zostałam wrobiona we wręczanie kwiatów Pani z grupy Juniora, więc wypadało jakoś w miarę przyzwoicie wyglądać. Z gorąca i tak połowa makijażu mi splynęła, gdyby dodać jeszcze rozmazane i zapuchnięte od płaczu oczy, efekt byłby powalający 😜 no więc byłam dzielna. Junior stanął na wysokości zadania, wystąpił pięknie, odebrał dyplom i w tym momencie na salę wpadł prosto z cmentarza zziajany Mężu i udawał, że był przez cały czas. Ufff udało się. Do domu dotarliśmy koło 19, bo poszliśmy jeszcze na chwilę na stypę. Godzina pakowania i byliśmy gotowi do drogi. I jestem z siebie dumna, bo nawet niczego nie zapomnieliśmy. No dobra, zapomniałam sukienki, którą kupilam sobie specjalnie na wakacje. Przypomnialam sobie dopiero 3 dnia pobytu
ale to się nie liczy 😜
Wyjechalismy chwilę po 3, a na miejscu byliśmy o 9, w tym była jeszcze godzinna przerwa na kawę w maku, więc wynik mieliśmy całkiem niezły. Wynajęliśmy apartament w Sopocie, żeby mieć bazę wypadową do zwiedzania i powiem wam, że to było całkiem dobre posunięcie, bo było bardzo spokojnie. Większość urlopu przypadła jeszcze przed sezonem, więc nie było za dużo ludzi. Jedynym minusem było dla mnie to, że nie wybraliśmy drugiego mieszkania, które braliśmy pod uwagę, bo było w nowiutkim budynku i ciut lepszej lokalizacji, ale mimo to i tak było spoko. Rano chodziliśmy na 3 godziny na plażę, a później zwiedzaliśmy. Z tego co chcieliśmy zobaczyć zaliczyliśmy prawie wszystko oprócz Helu, bo skutecznie odstraszyły nas korki. Raz nawet byliśmy już w drodze, ale zawróciliśmy i daliśmy sobie spokój, bo bez sensu było tracić 3 godziny na siedzenie w samochodzie, w dodatku z Lusia, której nagle odwidziały się dalsze podróże i po jakimś czasie w foteliku drze się jakby ktoś obdzierał ja ze skóry. W sumie dlatego wyjechaliśmy nad morze w nocy, dzięki temu Lusia większość drogi przespała i oszczędziła nasze uszy. Ale wracając do tematu. Zamiast Helu przepłynęliśmy się statkiem po morzu. To znowu odwidziało się Juniorowi, bo rok temu nie chciał nawet słyszeć o wejściu na pokład, a w tym roku zaciągnął nas na statek już pierwszego dnia przy okazji spaceru po sopockim molo.
Byliśmy w Gdańsku, jechaliśmy kołem widokowym AmberSky, zwiedziliśmy starówkę i muzeum II wojny światowej. Powiem wam, że Gdańsk baaaardzo mi się spodobał, chyba na równi z Krakowem i Wrocławiem.
Następnego dnia byliśmy w Gdyni zobaczyć akwarium, Dar Pomorza i ORP Błyskawica. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Centrum Nauki Experyment (Junior był zachwycony i teraz cały czas robi eksperymenty). Kolejny dzień był pochmurny, więc pojechaliśmy do aquaparku w Redzie. Junior trzęsiportek odważył się tylko na leniwą rzekę i próby pływania w małym basenie, za to nasz domowy Rambo Lusia wlazłaby wszędzie, gdyby tylko jej pozwolić. Jeździła na zjeżdżalniach dla maluchów, pływała ze mną na pontonie, nawet drepcząc w baseniku dla dzieci wkładała głowę pod wodę, więc widzicie jaki to charakterek 😜
Powrót do domu niestety zbliżał się nieubłaganie. Wyjechaliśmy w niedzielę bardzo późnym popołudniem, ruch na drodze był bardzo duży, dzięki wujkowi Google udało nam się ominąć korki, ale mimo to powrót zajął nam 7 godzin. Pod dom zajechaliśmy równo o północy.
Powiem wam, że kiedy Mężu wymyślił, że moglibyśmy pojechać do Trójmiasta nie byłam do tego za bardzo przekonana, bo dla mnie wyjazd nad morze zawsze oznaczał Pomorze Zachodnie, ale nie żałuję. Bardzo mi się podobało i mogę śmiało powiedzieć, że to były jedne z naszych najfajniejszych wakacji. Chcielibyśmy jeszcze gdzieś wyskoczyć w tym roku, ale zobaczymy czy nam się uda. Za tydzień Mężu leci na tydzień do Azji, a później zostanie mi kilkanaście dni i do pracy. Ewentualny wyjazd musimy jeszcze jakoś zgrać z zerówką Juniora, także musimy pomyśleć jak to zrobić. Może wyskoczymy chociaż na jakiś weekend. Sie okaże.
Zresztą upały za oknem i tak sprawiają, że człowiek czuje się jak na tropikalnej wyspie. Tylko turkusowego morza brak. Siedzimy uziemieni w domu, w dodatku tylko na dole, bo na górze są 32 stopnie i nie ma czym oddychać. Chyba musimy zacząć myśleć o montażu klimatyzacji, bo taki klimat chyba już w Polsce zostanie.
Mam nadzieję, że was nie zanudziłam i nie uśpiłam, bo dziś było dość długo 😜 następnym razem będzie zaległy bilans Lusi, a tymczasem idę wstawić młode ziemniaczki. Dziś kuchnia serwuje ziemniaczki z cebulką i kefirkiem. Mniam
Nudzić nie zanudziłaś, ale gdzie te fotki na które czekałam od dnia Waszego wyjazdu? Poproszę o piękne zdjęcia z nadmorskich wojaży :)
OdpowiedzUsuńCzy kiedys będą tu fotki to nie wiem ��
UsuńCiesze sie, ze wakacje udane! :)
OdpowiedzUsuńGdansk ma naprawde piekna starowke! W czasie studiow mialam czesto zajecia na wydziale doslownie przecznice dalej. Przy ladnej pogodzie, wracajac do domu, czesto zamiast podjezdzac na Dworzec Glowny tramwajem, robilam sobie spacerek. :)
Jak kiedys w koncu przylece do Polski musze koniecznie zabrac Potworki do tego aquaparku w Redzie. Jezdzilam do niego czasem z rodzicami i siostra kiedy dopiero zaczynali. Byly tam wtedy doslownie TRZY male zjezdzalnie, ale nam sie wydawalo ze to najwspanialsze miejsce pod sloncem! :D
Ja od kilku dni puszczam w domu wieczorem klimatyzacje, wlasnie zeby schlodzic gore. Wczoraj wieczorem spadla wilgotnosc i przy otwartych oknach na dole bylo calkiem znosnie, ale u gory nie dalo sie oddychac. A klimatyzacja w pol godziny schlodzila sypialnie do przyjemnej temperatury. Takze polecam jak cos! ;)
Oo tak, gdanska starówka jest cudowna. Bylam tam kiedyś na wycieczce w czasie koloni , ale to było dawno temu.
UsuńAquapark bardzo fajny, na pewno spodoba się Potworkom.
A nad tą klima zaczynamy się coraz poważniej zastanawiać. To byłoby wybawienie, zwłaszcza na górze.
Ja w takich momentach nie potrafię być dzielna - gdy dzieci występują, wyję jak bóbr:P
OdpowiedzUsuńSuper że wakacje się udały ;)
Przyznaję, że było ciężko 😜
Usuń1. Mnie też trudno przestawić się na tryb wakacyjny. Może dlatego że za dużo nas w tym domu. Ja + dzieci + M jako kierownik robót wszelkich + dorywcza teść + pięciu chłopa. Zwariować można. 🤯
OdpowiedzUsuń2. Twardziela jesteś. Choć ja też gdzieś tylko ukradkiem zawsze się wzruszam. 😢
3. Ja 3miasto uwielbiam. W innych miejscach nad morzem mi się po prostu nudzi. Gdańsk jest przepiękny, a Sopot uroczy i idealny do mieszkania. A na Hel polecam pojechać następnym razem pociągiem - przynajmniej w korkach się nie stoi 👍
4. W parku wodnym w redzie nigdy nie bylam. Moje chłopaki bardzo lubią wodę, ja - niekoniecznie.
Męczy mnie moczenie dupska w tej samej wodzie co tzw. masa społeczna 😷
5. My też zazwyczaj w sierpniu gdzieś jeździmy. Zawsze spontan. Pewnie tak i w tym roku będzie, bo jak zwykle nic nie mamy zaplanowane, a urlop staremu leci. 🙄
1. O lud , współczuję takiego tłumu w domu. Chyba bym zwariowala.
Usuń2. Starałam się. Ale w domu już taka twarda nie byłam, jak oglądałam nagranie. Wystarczyly pierwsze dźwięki poloneza i od razu ryk.
3. Trójmiasto ma coś w sobie, ale zdecydowanie poza sezonem. Nie wiem czy podobaloby mi się tak samo w pełni sezonu. Ja to jednak w głuszy mieszkam, tłumy nie dla mnie 😜
4. Z tym aquaparkiem to się zgadzam, ja też wolę moczyc się w morzu, ale czasem trzeba, żeby stary też coś miał z życia 😂 on lubi. Od sierpnia planuję zapisać się na basen razem z juniorem. On do instruktora, a ja wykupie sobie karnet i też przy okazji skorzystam.
5. Podobno spontany są najlepsze 😉