Przejdź do głównej zawartości

Jest dobrze

A nawet bardzo dobrze. Co prawda cały weekend poprzedzający powrót do pracy chodziłam cała w nerwach, ręce mi się trzęsły i tak dalej, wiadomo. W nocy z niedzieli na poniedziałek prawie nie zmrużyłam oka, ale TEN dzień w końcu nadszedł. Lusia u taty na rękach zrobiła w drzwiach papa, a ja z gulą w gardle poszłam do auta. W pracy po pierwszych kilku minutach bomba – dziewczyna, która mnie zastępowała jest w ciąży i jeszcze tego samego dnia poszła na L4. Nie przekazała mi zbyt wiele i tak naprawdę do tej pory jeszcze sama i z pomocą moich dziewczyn dochodzę do tego co i jak. Ciągle jestem trochę jak dziecko we mgle i średnio się z tym czuję, bo lubię mieć wszystko ogarnięte i panować nad sytuacją. Ale wszystko w swoim czasie. Szef zły, bo ta dziewczyna od L4 to jakieś totalne nieporozumienie i miała wylecieć po moim powrocie, a teraz w tej sytuacji przez długi czas nie będzie mógł jej ruszyć.Ale przynajmniej wszyscy się cieszą, że jej nie ma. I nie powiem, bardzo miłe jest, kiedy osoby, z którymi pracowałam tu od samego początku przychodzą i mówią „Nawet nie wiesz jak tu na Ciebie czekaliśmy”. No i niespodziewanie też awansowałam na managera działu. Tego to już kompletnie się nie spodziewałam, ale przecież biorę co dają, co nie? P

No ale w całym tym kołowrotku najważniejsza jest przecież Lusia. A ona zdała egzamin na 6+. Mój powrót do pracy przyjęła jak najnormalniejszą rzecz pod słońcem, zupełnie jakbym codziennie znikała na 8 godzin. Za to we wtorek na miałam kryzys i poryczalam się w aucie przez to, ze zostawiam mojego dzidziusia. Głupia jestem 😜 Na razie Lusia jest z mężem, a od przyszłego tygodnia będzie z nianią, ale patrząc na to jak teraz sobie poradziła, jestem o nią zupełnie spokojna. A od marca żłobek i dzieci, więc już całkiem będzie w swoim żywiole. 

Junior tymczasem pluska się z dziadkami w morzu i codziennie przez telefon zdaje nam relację z minionego dnia. Odpoczywamy od jego nieustannego gadania, ale nie powiem, trochę nam się już tęskni. Jak wróci musimy jechać po wyprawkę do zerówki. Dostaliśmy już ze szkoły całą listę przyborów potrzebnych dla 6-latków (wcześniej się tym nie interesowałam i nawet nie wiedziałam, że niektóre rzeczy w ogóle istnieją :P ).

Sierpień w zasadzie mamy już do końca zaplanowany, jeśli chodzi o weekendy. Teraz w sobotę wraca Junior, w niedzielę idziemy na urodziny Męża chrześnicy. Za tydzień będzie długi weekend i chcemy go poświęcić na wycieczki po okolicy. W kolejny weekend będziemy mieli gości, a w ostatni weekend sierpnia idziemy na wesele.

Plan jest taki, że dzieci zostają z dziadkami, a my idziemy się pobawić sam na sam. W końcu 😊 Tego nam trzeba.

Tym razem kończę, bo nie bardzo mam czas się rozpisywać. Chciałam tylko dać znać jak poszło. Odezwę się niebawem.

Komentarze

  1. No i super. Bardzo się cieszę i gratuluję 😃
    To świetnie że Lusia tak dzielnie znosi rozłąkę.
    Kalendarz widzę zapełniony do końca miesiąca. Bawcie się dobrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No sama jestem pozytywnie zaskoczona Lusia. No na brak rozrywek nie narzekamy.

      Usuń
  2. Ja zawsze czuję niesmak w takich sytuacjach jak z dziewczyną na zastępstwo...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciesze sie, ze wszystko sie pomyslnie uklada!!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...