Powiedzcie mi czy ci ludzie są dziwni, czy to może coś z nami jest nie tak. Bo ja już nie wiem.
Moi rodzice i teściowa to dwa zupełnie różne planety. I mam wrażenie, że my żyjemy na jeszcze innej. To, że teściowa ma na wnuki wywalone to już kiedyś pisałam i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Kiedyś oni będą mieć wywalone na nią, karma wraca. Ale to co odstawiaja mi rodzice to już przechodzi ludzkie pojęcie. Mówiłam już kiedyś, że oni wnuki kochają, ale traktują ich inaczej. Lusia to takie cyganskie samowystarczalne i mega samodzielne dziecko, ale Junior gdyby tylko mu pozwolić to chciałby, żeby go obsługiwać na każdym kroku. Robimy co możemy, żeby robił stoję coraz bardziej samodzielny i idzie bardzo fajnie... Dopóki jesteśmy daleko od moich rodziców. Jak tylko ale tak zjawiamy albo oni u nas to w dziecko wstępuje całkiem inny duch. Męczy o wszystko, chce, żeby we wszystkim mu pomagać (czyt. Robić za niego), a oni się w tym przescigaja. Wczoraj wpadl u nich w histerie, bo chciał, żebyśmy mu coś przynieśli z auta, które stało naprzeciwko drzwi do bloku, wystarczyło zejść po schodach. Ale nie, on nie pójdzie, my mamy mu przynieść. I jazda. Tym, wrzask, rzucanie po kanapie, a co na to babcia obronczyni ucisnionych? "tata ci przyniesie". Ooo niedoczekanie. My staliśmy twardo przy swoim zdaniu, "chcesz - idź sobie weź". Junior dalej swoje ryki i trwalo to dobre 15 minut. Po czym dziadek wydarl się z kuchni, że powinnismy to już dawno zalatwic i mu przynieść "bo dziecko prosi", a my go specjalnie nakrecamy. Oczywiście to było okraszone kilkoma bluzgami w naszym kierunku. No ręce mi opadły i nie tylko, powiedzielismy dosadnie swoje zdanie i pojechaliśmy do domu. I prędkosię tam nie pojawimy Juz pomijam to co powiedział i jak, bo to już szczyt bezczelnosci, ale to my jesteśmy rodzicami i to do nas należy wychowanie. Jeśli oni się z czymś nie zgadzaja albo mają inne zdanie to albo niech zachowają je dla siebie, albo niech mówią w taki sposób, żeby dzieci nie slyszaly, bo tylko robią im pranie mózgu, bo wiadomo, że lepszy ten, co glaszcze nawet jak dziecko źle robi, a rodzice wychodzą na idiotów.
Oni w ogóle z wiekiem robią się coraz gorsi, wszystko co oni mówią lub robią jest najlepsze, chcieliby każdemu mówić co ma robić i jak, a jeśli ktoś się nie dostosuje to jest be. Jeszcze kilka lat temu ludzie to ignorowali, ale ileż można. W tej chwili jest tak, ze oprocz nas, babci i jednej ciotki prawie z nikim nie utrzymują kontaktu. Wszystkich do siebie zrazilo i ludzie z nimi zwyczajnie nie rozmawiaja, bo sie nie da.
Ehhh, w takich chwilach żałuję, ze nie mieszkamy gdzies daleko od nich. Widywalibysmy aie rzadko i mielibyśmy spokój.
Moi rodzice i teściowa to dwa zupełnie różne planety. I mam wrażenie, że my żyjemy na jeszcze innej. To, że teściowa ma na wnuki wywalone to już kiedyś pisałam i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Kiedyś oni będą mieć wywalone na nią, karma wraca. Ale to co odstawiaja mi rodzice to już przechodzi ludzkie pojęcie. Mówiłam już kiedyś, że oni wnuki kochają, ale traktują ich inaczej. Lusia to takie cyganskie samowystarczalne i mega samodzielne dziecko, ale Junior gdyby tylko mu pozwolić to chciałby, żeby go obsługiwać na każdym kroku. Robimy co możemy, żeby robił stoję coraz bardziej samodzielny i idzie bardzo fajnie... Dopóki jesteśmy daleko od moich rodziców. Jak tylko ale tak zjawiamy albo oni u nas to w dziecko wstępuje całkiem inny duch. Męczy o wszystko, chce, żeby we wszystkim mu pomagać (czyt. Robić za niego), a oni się w tym przescigaja. Wczoraj wpadl u nich w histerie, bo chciał, żebyśmy mu coś przynieśli z auta, które stało naprzeciwko drzwi do bloku, wystarczyło zejść po schodach. Ale nie, on nie pójdzie, my mamy mu przynieść. I jazda. Tym, wrzask, rzucanie po kanapie, a co na to babcia obronczyni ucisnionych? "tata ci przyniesie". Ooo niedoczekanie. My staliśmy twardo przy swoim zdaniu, "chcesz - idź sobie weź". Junior dalej swoje ryki i trwalo to dobre 15 minut. Po czym dziadek wydarl się z kuchni, że powinnismy to już dawno zalatwic i mu przynieść "bo dziecko prosi", a my go specjalnie nakrecamy. Oczywiście to było okraszone kilkoma bluzgami w naszym kierunku. No ręce mi opadły i nie tylko, powiedzielismy dosadnie swoje zdanie i pojechaliśmy do domu. I prędkosię tam nie pojawimy Juz pomijam to co powiedział i jak, bo to już szczyt bezczelnosci, ale to my jesteśmy rodzicami i to do nas należy wychowanie. Jeśli oni się z czymś nie zgadzaja albo mają inne zdanie to albo niech zachowają je dla siebie, albo niech mówią w taki sposób, żeby dzieci nie slyszaly, bo tylko robią im pranie mózgu, bo wiadomo, że lepszy ten, co glaszcze nawet jak dziecko źle robi, a rodzice wychodzą na idiotów.
Oni w ogóle z wiekiem robią się coraz gorsi, wszystko co oni mówią lub robią jest najlepsze, chcieliby każdemu mówić co ma robić i jak, a jeśli ktoś się nie dostosuje to jest be. Jeszcze kilka lat temu ludzie to ignorowali, ale ileż można. W tej chwili jest tak, ze oprocz nas, babci i jednej ciotki prawie z nikim nie utrzymują kontaktu. Wszystkich do siebie zrazilo i ludzie z nimi zwyczajnie nie rozmawiaja, bo sie nie da.
Ehhh, w takich chwilach żałuję, ze nie mieszkamy gdzies daleko od nich. Widywalibysmy aie rzadko i mielibyśmy spokój.
Niestety rodzice z wiekiem potrafią zmienić się o 180 stopni...
OdpowiedzUsuńTo prawd , ale nie myślałam, że aż tak...
UsuńZapytaj się rodziców czy Tobie w takich sytuacjach też tak usługiwali czy raczej pasem przez zadek dostałaś :P
OdpowiedzUsuńMoże im trzeba przypomnieć jak to jest mieć dziecko bo nie pamiętają.
Nie kłóć się z nimi tylko wytłumacz że nie chcesz z dziecka kaleki zrobić. Podaj jakieś przykłady z otoczenia - może jakaś kuzynka ma męża fajtłapę co ma dwie lewe ręce i nic w domu nie zrobi.
Masz może brata? Jak jego wychowywali?
Ja ostatnio coś podobnego przeżyłam jak zawaliła nam się na głowę niezapowiedzianie babcia męża. Jednak ja jestem w o tyle dobrej sytuacji że nie mam z tymi ludźmi kontaktu i takie akcje zdarzają się sporadycznie raz w roku. Mam nadzieję że prababcia już nas nie nawiedzi więcej.
Zawsze możesz postawić sprawę na ostrzu noża i powiedzieć, że jeśli chcą mieć kontakt z wnukami to tylko na waszych warunkach.
OdpowiedzUsuńTak wlasnie zachowuje sie moja tesciowa. Meza i synow nauczyla, ze wszystko mieli (tesc nadal ma) przynoszone pod nosek, a potem po nich zbiera... I rok temu tak samo uslugiwala Potworkom, ktore oczywiscie byly cale zadowolone... A ja na codzien walcze, zeby jak zjedza, zanosili talerze do zlewu, zeby buty odkladali na szafke, zeby papierki od lodow czy cukierkow wyrzucali do kosza, a nie rzucali na podloge. To jak walka z wiatrakami. Dzisiaj rano znow musialam pozrzedzic o cos, z czym walcze od kilku lat, a oni uparcie robia swoje. I teraz najlepsze. Bi na moje marudzenie wyjechala: "No i zawsze jest tak samo, wiec powinnas sie juz do tego przyzwyczaic!". :O Normalnie na chwile zaniemowilam. A potem odparowalam pyskatej smarkuli, ze nie zamierzam sie do niczego przyzwyczajac, tylko zaczne wlepiac kary. :D
OdpowiedzUsuń