Witam Państwa serdecznie w naszej nowej rzeczywistości pt.
„Junior w szkole, Lusia u niani, a matka nie wyrabia”. Jak w tytule. Odkąd
zaczęła się szkoła przestałam ogarniać sytuację. Przed macierzyńskim to był
luzik, do wyszykowania tylko ja plus jedno mniej lub bardziej współpracujące
dziecko. Po drodze skręcałam tylko do przedszkola, szybki wyrzut Juniora do placówki
i wio do pracy. Teraz sytuacja bardzo się skomplikowała, bo nie dość, że
podwoiła się liczba dzieci, to jeszcze każde jedzie w inne miejsce, a poranny
szofer jest tylko jeden. Rano Mężu wychodzi o 6, żeby przed 15 odebrać Lusię od
niani. Albo jadą do domu, albo robią jeszcze po drodze szybkie zakupy. Juniora
po 14 ze świetlicy odbiera dziadek, a
później ja go zgarniam w drodze z pracy po 16. W domu jesteśmy w
granicach 17. Szybki obiad, chwila oddechu, wywiad co było w szkole i robi się
18, jak jest ładna pogoda wypadałoby jeszcze przewietrzyć dzieciaki, więc
wybywamy do ogrodu. Z Lusi zrobił się taki czort, że nie można jej spuścić z
oka nawet na sekundę, bo np. nauczyła się wchodzić sama na zjeżdżalnię po tej
części do zjazdu w dół i nic nie jest w stanie jej powstrzymać, a ostatnio
wlazła na bramę wjazdową i chciała na niej jeździć. Junior zdecydowanie nie
miał takich szalonych pomysłów jak ona. W sumie do tej pory nie ma. A
zaznaczam, że dziewczyna ma 16 miesięcy. Aż strach pomyśleć co będzie dalej. W
każdym razie wietrzymy dzieciaki mniej więcej do 19 z kawałkiem, dajemy im
kolację i młodszej zaczyna siadać zasilanie, więc trzeba obrać kierunek
łazienka zanim zaśnie w opakowaniu. Później krótsza lub dłuższa sesja
usypiania, uciszanie ciągle gadającego Juniora, aż w końcu cisza. Śpią oboje. A
wtedy zasilanie zaczyna siadać nam. Chałupa wygląda tak, że wstyd kogokolwiek
wpuścić do środka, pranie czeka aż ktoś się zlituje i włączy pralkę, a później
wyprasuje stertę ubrań zalegających w koszu. Na szczęście ogród jest w miarę
ogarnięty, bo codziennie coś w nim robię jak dzieci są na podwórku, ale reszta
leży i kwiczy. Powiem Wam po cichutku, że troszkę czekam na chłody, kiedy nie
za bardzo będzie można wyjść na zewnątrz po południu, bo wtedy bez żalu wezmę
się za chałupę. Teraz szczerze mówiąc szkoda mi czasu robić coś w środku, kiedy
mogę ten czas spędzić na powietrzu. Może głupio to brzmi, ale tak jest. Tak, wiem, i tak nie wygląda to najgorzej, zdaję sobie z tego sprawę, że jak dojdą zajęcia dodatkowe, odrabianie lekcji i inne takie to dopiero zacznie się jazda bez trzymanki, ale na razie uczę się TEJ rzeczywistości, stąd moje nieogarnięcie. Ale to minie. To tak
tytułem wstępu i wyjaśnienia nagłówka :P
To teraz czas na sprawozdanie z czasu, kiedy mnie tu nie
było. A nie było mnie bardzo długo, więc i post będzie długi. I pewnie długo
będę go pisać, bo czasu brak.
Po akcji z dziadkami zbuntowaliśmy się i przez kilka dni nie
woziliśmy do nich dzieci, żeby zobaczyli kto w tej kwestii rządzi. Mam
nadzieję, że zrozumieli. W ogóle zauważyłam, że im od czasu do czasu potrzebna
jest taka forma otrzeźwienia, żeby zaczęli się normalnie zachowywać chociaż
przez jakiś czas, bo czasem za bardzo się rozpędzają i dzieje się właśnie tak,
jak pisałam ostatnio. No, ale nie chcę się znowu denerwować, jest ok póki co i
mam nadzieję, że przez chwilę będzie spokój. Oni w ogóle od jakiegoś czasu
zrobili się tacy bardzo hop-do-przodu i wszędzie chcieliby być najważniejsi, a
jeśli tak nie jest to jest im ewidentnie nie na rękę, widać to na kilometr. No
cóż, nie zawsze jest tak, jak by się chciało.
Jak już ogarnęliśmy sytuację z dziadkami i wszystko wróciło
na właściwe tory nadszedł dzień wesela, na które byliśmy od dawna zaproszeni. Zaproszenie
dostaliśmy w maju i praktycznie od samego początku nie mogłam się tego wesela
doczekać, bo od razu założyłam, że idziemy sami, bez dzieci. Państwo Młodzi
bardzo ich zapraszali, zapewniali, że będzie animatorka i w ogóle, ale
stwierdziliśmy, że nie ma takiej opcji, bo i dla nich i dla nas byłaby to męka,
a chcieliśmy choć raz w spokoju się pobawić. No i w końcu nadszedł ten weekend,
a mi kompletnie odechciało się iść :P Sama nie wiem dlaczego, po prostu nie miałam
najmniejszej ochoty ruszać się z domu, ale jak już powiedziało się A, to trzeba
powiedzieć B. Lusia pierwszy raz zostawała bez nas na noc, więc miałam trochę
stresa, ale wiedziałam, że jak będzie z Juniorem to do wieczora nie będzie
problemu. Gorzej w nocy, ale psychicznie nastawiłam się na to, że będziemy pod
telefonem i w razie czego wsiądziemy w samochód i po prostu pojedziemy do domu.
Założenie było takie, że jeśli uda nam się być na weselu chociaż do 23-24 to
już będzie super. A wiecie o której wróciliśmy do domu? Przed 3 😊
Oczywiście po drodze zgarnęliśmy Lusię, która 3 razy się obudziła i urządzała krótkie
koncerty u dziadków, ale dała radę. A my cudownie spędziliśmy tą noc, naprawdę.
Ostatnio tak dobrze się bawiliśmy na własnym weselu ponad 7 lat temu :P
Mieliśmy fajne towarzystwo, bo siedzieliśmy z siostrą Męża i jej chłopakiem
oraz z kuzynką i jej mężem i naprawdę to był strzał w dziesiątkę. Co
najśmieszniejsze, chłopaki wypili naprawdę baaardzo dużo, ale dzięki temu, że
jeszcze więcej tańczyliśmy, Mężu wracał do domu praktycznie trzeźwy.
Pozostałych chłopaków podobno świeże powietrze ścięło zaraz po naszym
odjeździe, ale wcześniej bawili się super. Na poprawiny pojechaliśmy już w
komplecie, Junior przepadł z dziećmi i animatorkami, a Lusia zwiedzała
otoczenie i zaczepiała wszystkich po kolei. Także imprezę zaliczamy na 6 z
dużym plusem.
Nazajutrz po imprezie nadszedł wielki dzień – rozpoczęcie roku
szkolnego. Zapowiedziałam w pracy, że będę później i zaczęłam szykować Juniora
na uroczystość. Dzień przywitał nas ulewą. Apel dla klas 0-4 miał odbyć się na
boisku szkolnym , ale ze względu na pogodę został przeniesiony do holu głównego
wewnątrz budynku. I to nie był dobry pomysł. Mnóstwo dzieci i nauczycieli z
poszczególnych klas, jeszcze więcej rodziców, zwłaszcza zerówkowiczów i
pierwszaków i zrobiła się masakra. A wśród nich my – Junior wystrojony jak
stróż w Boże Ciało i my – Lusia i ja. Plan był taki, że Mężu dojedzie do nas z
pracy i przejmie Lusię, a ja skupię się na Juniorze. No i dojechał, tyle że nie
udało mu się dopchać do nas przez tłum rodziców i utknął niedaleko wejścia do
szkoły. No i tak staliśmy – elegancki Junior i ja trzymająca na rękach Lusię,
dwie kurtki, dwie parasolki i torebkę. Własną kurtkę miałam na grzbiecie i pot
lał mi się po czterech literach z gorąca. Masakra. Na szczęście przez takie
warunki apel był bardzo krótki – hymn państwowy, hymn szkoły, dwa krótkie przemówienia
i do klas. Szkoda, że tak to wyglądało, bo maluchy były ewidentnie przerażone
hałasem i tłokiem. I wcale im się nie dziwię. Na szczęście w klasie było już
fajnie, bo Junior panikujący już kilka tygodni przed rozpoczęciem zobaczył salę
prawie identyczną jak w przedszkolu i się uspokoił. Ubzdurał sobie, że będą
mieć już normalne ławki szkolne i strasznie się tym denerwował, choć w sumie
nie wiem dlaczego. W ogóle fajnie mu się trafiło z klasą. W naszej szkole jest
5 klas zerówkowych, do klas trafiło mniej więcej po 3-4 osoby z tej samej grupy
przedszkolnej, a w klasie Juniora jest ich aż 8. Dodatkowo Junior jest w klasie
z dwoma swoimi najlepszymi kumplami, więc już w ogóle pełnia szczęścia. Póki co
mu się podoba, chętnie idzie i nawet stwierdził, że w szkole jest fajniej niż
było w przedszkolu. Ciekawe jak długo, ale oby jak najdłużej. Wczoraj zaliczyli
już nawet pierwszą wycieczkę – wykopki. Dzieciaki wróciły brudne i zachwycone
:P
Lusia tymczasem zaczęła karierę u niani. W pierwszym tygodniu
chodziła bez problemu. Niania ma za sobą długą karierę opiekunki w żłobku, więc
wie jak ją zagadać. W drugim tygodniu miała trzydniowy kryzys i rano był płacz,
a jak Mężu ją odbierał po południu to nie chciała iść do domu. Robiła mu papa i
wracała do okna patrzeć na kotka albo do zabawek. Czwartego dnia dałam jej do
rączki jogurt w drodze do drzwi niani i to rozwiązało nasz poranny problem
płaczu. Niosła go dumna aż do samych drzwi, później jeszcze bardziej dumna dała
go niani, wyciągnęła do niej rączki i kazała się zanieść do okna. Od tamtej
pory każdy nasz poranek tak wygląda, tylko zmieniają się przedmioty w rączkach.
Lusia zadowolona, niania też, a my jeszcze bardziej, bo wiemy, że jest pod
dobrą opieką. Na wiosnę pójdzie do dzieci i znowu będzie nas czekał nowy etap.
ale tak to już jest. Damy radę.
Skoro jesteśmy już w temacie szkolnym to muszę się Wam
pochwalić. Pamiętacie na pewno jak pisałam Wam o naszym wychowawcy ze szkoły i
o tym jak nas zebrał do kupy jako klasę. No więc powiem Wam, że ma facet moc i
potrafi nas zebrać do kupy nawet po swojej śmierci. Po pogrzebie padł pomysł
zorganizowania spotkania klasowego, ale byłam pewna, że skończy się na gadaniu
jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach. A tu niespodzianka. Od słowa do
słowa padła konkretna data, rezerwacja stolika i bach – wszystko ustalone. Zobaczymy
się w tym samym składzie po 19 latach! Cieszyłam się tym spotkaniem jak dziecko
przed Gwiazdką. Pewnej pięknej soboty porzuciłam rodzinę i poleciałam jak na
skrzydłach. O umówionej godzinie było nas troje, więc trochę mina nam zrzedła,
ale później wszyscy zaczęli się schodzić i ostatecznie było 15 osób na 24.
Jeden kolega specjalnie przyjechał 500 km z Lublina, więc szacun. Trochę się
bałam jak to będzie, czy będziemy mieli o czym ze sobą rozmawiać i takie tam. A
wiecie jak było? CUDOWNIE. Zupełnie jakbyśmy nie widzieli się tylko przez
wakacje, a nie przez ponad 19 lat. Wróciłam do domu przed północą z wielkim
niedosytem. Planujemy już kolejne spotkanie, być może w jeszcze większym
gronie, ale chyba dopiero po Nowym Roku, bo wcześniej nie uda się wszystkim
zgrać z terminami. I już nie mogę się doczekać 😉
No. To chyba tyle na dziś. Pisałam ten post od poniedziałku,
ale w końcu się udało. Mam nadzieję, że kolejny pojawi się trochę szybciej :P
Mialam napisac, ze za rok dojdzie jeszcze odrabianie lekcji, ale mnie uprzedzilas! ;)
OdpowiedzUsuńNiestety, tak wyglada codziennosc w rodzinie gdzie matka pracuje na caly etat. U nas jest dokladnie to samo. Pamietam tez, ze najbardziej daly mi w kosc te dwa lata, kiedy dzieciaki byly w roznych miejscach - najpierw Nik u niani, a Bi w przedszkolu, a potem Nik w przedszkolu, a Bi w szkole. Z tym, ze ja ich zawozilam rano i potem tez musialam odebrac, bo M. mial jakies kosmiczne godziny pracy. ;)
Spoko, u mnie ani ogrod, ani chalupa nie ogarnieta. ;) Na dole posilkuje sie odkurzaczem - robotem (piekny wynalazek, polecam! :D), ale on we wszystkie katy niestety nie dojedzie. ;) Nie nadazam z rozldowywaniem i zaladowywaniem zmywarki, a pranie robie w weekend, wiec sie wkurzam, bo mam wrazenie, ze cala sobote i niedziele tylko w kolko wstawiam pralke i skladam suche pranie. ;) Caly tydzien to jak bieg przez oplotki i tak naprawde poza lekcjami oraz zajeciami dzieci, nic nie jest do konca ogarniete. ;)
Czytasz w moich myślach ��
OdpowiedzUsuńNiestety mamy pracujące nie mają lekko. Niby nie powinno mnie to dziwić, bo przecież przed Lusia też pracowałam (i nie wyobrażam sobie nie pracować), ale chyba potrzebuje, więcej czas , żeby na nowo sie ze wszystkim zorganizować. Najbardziej wkurza mnie właśnie to nieogarniecie chalupy, ale i na to przyjdzie czas ��
Z zostawieniem maila chyba się o kilka miesięcy spóźniłam ale na szczęście jakoś Cię znalazłam :)
OdpowiedzUsuńMoi rodzice twierdzą że nigdy w życiu nie byli bardziej zorganizowani niż w momencie kiedy obie z siostrą chodziłyśmy do szkoły i każda potem miała jeszcze jakieś zajęcia dodatkowe, wspominają że mieli tyle do ogarnięcia a jeszcze nawet jakiś czas wolny znajdowali - mistrzowie :D ale może to tak właśnie działa że potrzeba dopasowania się do rzeczywistości wymusza rozwijanie umiejętności, na przykład organizacji czasu swojego i innych :) zatem powodzenia, początki może trudne ale potem nauczysz się panować nad wszystkim :))
Zniknęłaś totalnie. Czekam na wieści
OdpowiedzUsuńByć może wrócę :)
UsuńWróć. Brakuje tutaj Ciebie
OdpowiedzUsuń