Przejdź do głównej zawartości

Meldujemy się ponownie

W ciągu 5 miesięcy, które upłynęły od mojego ostatniego konkretnego posta wydarzyło się dużo. Nawet bardzo dużo, ale nie o wszystkim chciałabym pisać. Niektóre sprawy już przepracowałam w głowie, niektóre jeszcze nie do końca, ale jestem na dobrej drodze. W każdym razie wszyscy mamy się dobrze, a to najważniejsze.

Junior. Rozkręcił się chłopak w szkole i cieszy mnie to, bo bardzo mu się tam podoba. ostatnio nawet stwierdził, że w szkole jest fajniej niż było w przedszkolu, bo maja więcej zajęć, a w przedszkolu to w sumie nudno było. Bardzo dobrze idzie mu pisanie literek, choć nie powiem, czasem to jest ciężka przeprawa. Pani czasami zadaje im jakąś literkę do domu. Owszem, siada chętnie, ale nie daj Boże, żeby coś mu nie wyszło. Zaraz się wścieka i buntuje, że nie będzie pisał, bo on się tego nie nauczy, a jak za 5 minut okaże się, że jednak się nauczył, to siedzi twardo i pilnie pisze do samego końca. Cierpliwości to on nie ma za grosz. I ciężko mu idzie godzenie się z porażką. Trudno, będzie musiał się tego nauczyć, bo nie zawsze się wygrywa. Junior to zdecydowanie zwierzę sceniczne. Do występu na dużej scenie widowiskowej zgłosił się sam na ochotnika, bo Pani potrzebowała chętnych. A że on do takich występów jest pierwszy, to się zgłosił. I w sumie dowiedzieliśmy się o tym przez przypadek. Jemu akurat przypadła recytacja wiersza "Kto ty jesteś?". To znaczy zadawanie pytań, odpowiadała cała grupa. Wyszedł odważnie na środek, mówił głośno i wyraźnie, zero stresu, jakby urodził się na scenie. Matkę trema by zjadła, a ten się grzał w świetle reflektorów. Za to na występie na Dzień Babci i Dziadka był niezadowolony, bo dostał za mało tekstu. Cóż, taki lajf. A dziś zanieśliśmy do szkoły wniosek o przyjęcie go do 1 klasy. Szok.
Junior ostatnio nie może się doczekać wizyty wróżki-zębuszki, ale jego mleczaki uparcie siedzą na miejscu i na razie nie zanosi się na to, żeby któryś planował się wyprowadzić z jego paszczęki. Owszem, jednego zęba już się pozbył, ale nie było to planowane. Zrobił mu się stan zapalny pod czwórką, którą miał leczona kanałowo i trzeba było ją usunąć, żeby nie zbierała się pod nim ropa. Mi na sam dźwięk fachowego słowa "sedacja" odpłynęła krew chyba ze wszystkiego i spłynęła do stóp, ale trzeba był zachować kamienną twarz, bo siedziałam tuż obok Juniora, który miał mnie na widoku. Ale czy mnie widział to nie sądzę, bo jako nadworny rodzinny panikarz musi mieć leczone zęby "na gazie", bo inaczej nie da sobie nic zrobić. W każdym razie siedział sobie spokojnie wpatrzony w bajkę z miną mocno zjaranego zająca i nawet nie drgnął, kiedy pani dentystkę gmerała mu w buzi i na koniec błysnęła szczypcami, w których trzymała białą perełkę, a ja musiałam mocno się skupić, żeby zachować jako taki pion na moim krzesełku. Dziecię moje chyba nawet tego nie zauważyło. Zauważył za to dość brutalnie jak gaz przestał działać i zaczęło trochę boleć. Dostał syrop przeciwbólowy na drogę i w domu już się chwalił brakiem zęba. Teraz czekamy aż coś zacznie się chwiać w sposób naturalny.
Junior stał się też mega fanem Titanica. Skąd mu się to wzięło - nie mam pojęcia. Pojawiło się z dnia na dzień. Obejrzał już mnóstwo dokumentów na ten temat, czytaliśmy w różnych książkach, nawet od deski do deski obejrzał cały film z boskim Leonardo. Ma w domu model z klocków Lego, rysuje statki, zatapia statki w kąpieli, a my mocno podciągnęliśmy się przy nim w tym zakresie. W sumie dobrze, bo ileż można słuchać o traktorach czy pociągach, zawsze o jakaś odmiana. Ciekawe co będzie następne ;)

Lusia. Tutaj możnaby epopeję narodowa napisać jeśli chodzi o jej pomysły. Szaleje dziewczyna na całego. W ciągu roku i 10 miesięcy wywinęła tyle numerów, ilu Junior nie wywinął w ciągu 6,5 roku. Naprawdę. Ona niczego się nie boi, wszędzie wlezie i nigdy nie wiadomo co jej wpadnie do szalonej blond głowy. Miała już nawet rozbitą brodę. Myślałam, że trzeba będzie szyć, krew kapała itd., ale na szczęście obeszło się tez takich atrakcji. Moja Lulu jest przesłodką dziewczyneczką o buzi aniołka, gdzie tylko się pojawi od razu staje się maskotką towarzystwa, ale w środku siedzi diablik :) Owszem jest słodka i kochana, ale potrafi też ugryźć, podrapać i uszczypnąć tak, że człowiek widzi wszystkie gwiazdy. Obrywa zwłaszcza Junior, bo boi się przed nią bronić, żeby nie zrobić jej krzywdy i przez to staje się łatwym celem swojej walecznej siostry. Póki co Lusia chodzi do Niani, z której jesteśmy niesamowicie zadowoleni, a na wiosnę rusza na podbój żłobka, tak jak to było planowane. Trochę mi szkoda Niani, bo jest naprawdę cudowna, ale taka kolej rzeczy. Lusia potrzebuje towarzystwa innych dzieci w swoim wieku, a ponieważ ona kocha dzieci miłością ogromną, to będzie zadowolona. Oby tylko jak najmniej chorowała, bo tego najbardziej się boję nauczona doświadczeniem z Juniorem, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy.

W tym miejscu przerwałam pisanie 2 tygodnie temu i mam wrażenie, że to było w poprzedniej epoce. Niby wiem co się dzieje w Polsce i na świecie, ale mam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Takie rzeczy ogląda się w filmach albo czyta o nich w książkach, ale w najśmielszych wyobrażeniach nie przyszłoby mi do głowy, że znajdziemy się w centrum TAKICH wydarzeń. Aktualnie siedzimy w trójkę w domu, jak pewnie większość z Was i staramy się nie zwariować, choć jest mi do tego już coraz bliżej. Mężu w pracy, ja pracuję zdalnie, przy okazji doglądając moją szaloną dwójkę. Szkoła i żłobek odpłynęły w bliżej nieznaną przyszłość, a ja zadaję sobie pytanie, co zrobimy z dziećmi po tych dwóch tygodniach w domu. Ja będę musiała wrócić do pracy, Mężu może wyrwie się z pracy na kilka dni, ale pytanie co dalej. No cóż, zobaczymy. Na razie musimy żyć właściwie z dnia na dzień i czekać co przyniesie dzień kolejny. Teraz naprawdę doceniamy nasze odludzie, bo możemy wyjść na spacer między polami albo do lasu, który mamy jakieś 200m od domu bez ryzyka, że spotkamy kogokolwiek. A jak nie chce nam się spacerować to wychodzimy do ogrodu, puszczam dzieciaki, żeby się zmęczyły (szczególnie Lusesita), a później wracamy do domu. Lusia idzie spać, Junior siada do ćwiczenia literek, a ja mam chwilę spokoju, kiedy mogę wypić gorącą kawę i nacieszyć się błogą ciszą. I marzę o powrocie do normalności, kiedy będzie można spokojnie wyjść na zwykłe codzienne zakupy, na lody albo pojechać na wycieczkę. Nie docenialiśmy takich prostych rzeczy, których teraz bardzo nam brakuje. Oby one wróciły jak najszybciej.

Komentarze

  1. Mój pracuje zdalnie, dzieciaki na swoich komputerach, bo Córa to już druga klasa i ciągłość musi być, Syn też ma swoje z zerówki. Szaleję, zewsząd słychać jakieś głosy, ktoś ciągle robi coś innego.
    Mojej mleczaki dopiero zaczęły wypadać na początku drugiej klasy, rozumiem ból ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas dziś szaleństwo od rana. Junior sam nie wie czego chce, Lusia go naśladuje i jojczy, ą ja staram się zagonić starszego do ćwiczenia literek.
      Mężu ma taką specyfikę pracy, że nie za bardzo może pracować z domu, bo wiele decyzji musi podejmować na miejscu w firmie, a i ogrom dokumentów, które są mu na co dzień potrzebne, różne rysunki, też ma w firmie, więc lipa.

      Usuń
  2. Teraz zauważyłam ten post ;)
    Umknął mi wcześniej.

    Nie myśleliście o skorzystaniu z opieki? Przysługuje na dziecko do 8 roku życia :)

    U nas też ciekawie. Czekamy na zadania z zerówki syna ale się chyba Panie nie mogą same połapać w tym zdalnym nauczaniu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem że przysługuje. Póki co pracuję z domu, za tydzień muszę wrócić do pracy chociaż na kilka dni, bo będę musiała naliczyc wyplaty za marzec, a z domu nie mam dostępu do systemu. Trochę mnie to wszystko przeraża, bo nie wiem jak to będzie wyglądać na dłuższą metę. Niech ta zaraza odpusci i niech życie wróci do normy...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...