Nawiązując krótko do poprzedniego posta chciałam tylko wyjaśnić, że nie jest aż tak źle, czasami są gorsze chwile, kiedy za dużo myślę, a że teraz okoliczności temu sprzyjają, to jest jak jest. Mężu mówi, że niepotrzebnie się nakręcam, było minęło i czas przejść nad tym do porządku dziennego. Ma rację, zgadzam się z nim w 100% i próbuję to robić, ale zapomnieć nie zapomnę. Jak to mówią - słonie mają dobrą pamięć. I ja w tym przypadku jestem takim słoniem.
Ale wracając do tematu. Nasza codzienność wygląda chyba tak, jak większości z Was. Mężu jeszcze pracuje. Od poniedziałku będzie musiał być w domu z dziećmi, bo ja muszę wrócić do pracy na kilka dni. Muszę naliczyć wypłaty za marzec, a z domu nie mam dostępu do systemu, więc będę musiała przez kilka dni jeździć do biura. Siła wyższa. Póki co dzieciaki jak na komendę budzą w momencie kiedy Mężu wstaje, czyli 5:30. I zaczyna się jazda. Nie ma możliwości zagonić ich z powrotem do łóżek, no bo przecież Tata już wstał, to dlaczego oni mają spać? Bez sensu. Korzystam z okazji i próbuję przymknąć jeszcze oko w czasie, kiedy Mężu się ogarnia, a dzieciaki obserwują każdy jego ruch. Później śniadanie (oczywiście dla każdego coś innego, jakżeby inaczej), kawa na rozbudzenie i siadam do komputera zadrobić trochę do pracy. Dzieciaki oglądają w tym czasie bajki, koło 9 kończę, idziemy trochę się ogarnąć pobawić i siadamy trochę do lekcji. Lekcje to może za dużo powiedziane, bo nauczycielka Juniora przysyła póki co obrazki, literki, szlaczki i proste działania do zrobienia, ale mimo wszystko trzeba to zrobić, a że Junior średnio ma na to ochotę to za każdym razem jest ciężka przeprawa. Lusia oczywiście MUSI mu pomagać albo robić to samo siedząc mi na kolanach. Po 11 wychodzimy do ogrodu trochę się przewietrzyć i każdego dnia dziękujemy za ten nasz własny kawałek nieba, bo dzięki temu nie jesteśmy całkowicie uwięzieni w domu i możemy choć trochę udawać jako taką normalność. Po powrocie Lusia idzie spać, Junior zazwyczaj bawi się na górze, a ja mam godzinkę świętego spokoju, żeby wypić kawę i podelektować się ciszą. Później obiad, jeszcze chwila zadań do szkoły i szaleństwo już do wieczora. A ja jeszcze z doskoku praca i dalsze ogarnianie chałupy, którego i tak nie widać po 5 minutach. I tak każdego dnia. Po 1,5 tygodnia mam dość.
Tak poza tym nic nowego. Dostaję dreszczy na sam dźwięk słowa koronawirus. Raz, że człowiek się boi co będzie dalej, bo sytuacja nie wygląda zbyt różowo i z dnia na dzień jest coraz gorzej. Dwa, że zamknięcie w domu nie działa pozytywnie na psychikę, choć tutaj i tak nie mogę narzekać, bo mamy przestrzeń w domu i ogród, do którego w każdej chwili możemy wyjść. Byłoby dużo gorzej, gdybyśmy w czwórkę cisnęli się gdzieś w bloku na 30m2. Fakt, że mieszkamy na odludziu (dopóki jeszcze tutaj mieszkamy, ale to temat na osobny post) też na szczęście ułatwia sprawę, bo ludzi tu jak na lekarstwo i można chociaż chwilę bezpiecznie się przejść między polami. Także mimo wszystko nie jest źle. Tak czy siak jestem już niesamowicie zmęczona tematem koronawirusa, bo od jakiegoś miesiąca nie słyszy się o niczym innym. Statystyki rosną, perspektywy coraz gorsze i ta cholerna niepewność jutra. Modlę się, żeby nas to ominęło i oby wszystko jak najszybciej się skończyło.
Ale wracając do tematu. Nasza codzienność wygląda chyba tak, jak większości z Was. Mężu jeszcze pracuje. Od poniedziałku będzie musiał być w domu z dziećmi, bo ja muszę wrócić do pracy na kilka dni. Muszę naliczyć wypłaty za marzec, a z domu nie mam dostępu do systemu, więc będę musiała przez kilka dni jeździć do biura. Siła wyższa. Póki co dzieciaki jak na komendę budzą w momencie kiedy Mężu wstaje, czyli 5:30. I zaczyna się jazda. Nie ma możliwości zagonić ich z powrotem do łóżek, no bo przecież Tata już wstał, to dlaczego oni mają spać? Bez sensu. Korzystam z okazji i próbuję przymknąć jeszcze oko w czasie, kiedy Mężu się ogarnia, a dzieciaki obserwują każdy jego ruch. Później śniadanie (oczywiście dla każdego coś innego, jakżeby inaczej), kawa na rozbudzenie i siadam do komputera zadrobić trochę do pracy. Dzieciaki oglądają w tym czasie bajki, koło 9 kończę, idziemy trochę się ogarnąć pobawić i siadamy trochę do lekcji. Lekcje to może za dużo powiedziane, bo nauczycielka Juniora przysyła póki co obrazki, literki, szlaczki i proste działania do zrobienia, ale mimo wszystko trzeba to zrobić, a że Junior średnio ma na to ochotę to za każdym razem jest ciężka przeprawa. Lusia oczywiście MUSI mu pomagać albo robić to samo siedząc mi na kolanach. Po 11 wychodzimy do ogrodu trochę się przewietrzyć i każdego dnia dziękujemy za ten nasz własny kawałek nieba, bo dzięki temu nie jesteśmy całkowicie uwięzieni w domu i możemy choć trochę udawać jako taką normalność. Po powrocie Lusia idzie spać, Junior zazwyczaj bawi się na górze, a ja mam godzinkę świętego spokoju, żeby wypić kawę i podelektować się ciszą. Później obiad, jeszcze chwila zadań do szkoły i szaleństwo już do wieczora. A ja jeszcze z doskoku praca i dalsze ogarnianie chałupy, którego i tak nie widać po 5 minutach. I tak każdego dnia. Po 1,5 tygodnia mam dość.
Tak poza tym nic nowego. Dostaję dreszczy na sam dźwięk słowa koronawirus. Raz, że człowiek się boi co będzie dalej, bo sytuacja nie wygląda zbyt różowo i z dnia na dzień jest coraz gorzej. Dwa, że zamknięcie w domu nie działa pozytywnie na psychikę, choć tutaj i tak nie mogę narzekać, bo mamy przestrzeń w domu i ogród, do którego w każdej chwili możemy wyjść. Byłoby dużo gorzej, gdybyśmy w czwórkę cisnęli się gdzieś w bloku na 30m2. Fakt, że mieszkamy na odludziu (dopóki jeszcze tutaj mieszkamy, ale to temat na osobny post) też na szczęście ułatwia sprawę, bo ludzi tu jak na lekarstwo i można chociaż chwilę bezpiecznie się przejść między polami. Także mimo wszystko nie jest źle. Tak czy siak jestem już niesamowicie zmęczona tematem koronawirusa, bo od jakiegoś miesiąca nie słyszy się o niczym innym. Statystyki rosną, perspektywy coraz gorsze i ta cholerna niepewność jutra. Modlę się, żeby nas to ominęło i oby wszystko jak najszybciej się skończyło.
Kurcze... Zostawilam taki dlugasny komentarz, tymczasem internet mi wywalilo i go wcielo. Ale jestem zla! :/
OdpowiedzUsuńU nas dzieciaki oboje maja lekcje i chociaz o tyle dobrze, ze w tym samym czasie zajeci sa sprawami szkolnymi. Nie wiem jakbym podolala jakbym jedno miala w szkole, a dodatkowo takiego szkraba jak Lusia. Sa dni, gdzie z Nikiem jego lekcje zmuszeni jestesmy robic razem, bo sam nie rozumie o co chodzi... :/ Ale moja wlasna praca lezy i kwiczy, albo po skonczeniu lekcji daje Potworkom wolny czas na tabletach, bo inaczej nie wykonam nawet minimum tego, co powinnam. :/
To piszesz, ze szykuje Wam sie przeprowadzka? Z jednej strony fajnie, to zawsze cos nowego i ekscytujacego. Z drugiej jestem troche zaskoczona, bo z Twoich postow zawsze mialam wrazenie, ze lubisz to Wasze miejsce na ziemi. :)
No bywa ciężko, bo Lusia chce naśladować brata absolutnie we wszystkim, więc dostaje zeszyt, kredkę i też pisze , ale zazwyczaj kończy się ta , że chce siedzieć z Juniorem na jednym krześle albo u mnie na kolanach i bardzo przeszkadza. Najczęściej puszczam jej wtedy bajkę , żeby choć chwilę się czymś zajęła.
UsuńNo bardzo lubimy nasze odludzie, zwlaszcza teraz w dobie epidemii, a przeprowadzka, jeśli do niej dojdzie, nie jest nasza decyzja. Rząd wymyślił sobie nowa drogę krajowa i jeśli zostanie wybrany jeden z proponowanych wariantów to będzie ona przebiegac przez środek naszego salonu... Bardzo się tym stresowałam, ale teraz jest mi już wszystko jedno, bo nie mamy na to żadnego wpływu.