Zaczął się kolejny dzień tej dziwnej rzeczywistości, w której świat stanął na głowie, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że przyszło nam uczestniczyć w czymś takim, serio.
Jak wszyscy rodzice dzieci szkolnych (przedszkolnych podobno też) uczymy się w domu. Nauczanie domowe to nie moja bajka i Juniora chyba też nie, ale co zrobić. Mimo tego, że to dopiero zerówka, tych zadań jest całkiem sporo i musimy się dość mocno sprężać, żeby się ze wszystkim wyrobić i nie mieć zaległości. Raz, że sześciolatek nie wysiedzi nad książkami i zadaniami niewiadomo ile, więc trzeba mu to rozsądnie dozować, a dwa, że oprócz nauki jest jeszcze praca, Lusia i gotowanie, sprzątanie itd. Także mimo "siedzenia" w domu nie ma nudy. Ja niestety w tym tygodniu muszę być w biurze, żeby pracownicy dostali wypłaty. Muszę zrobić raporty, rozliczyć marzec itp., a niestety nie mogę tego zrobić z domu, bo nie mam dostępu do niektórych programów. Więc udaję, że jest normalnie i chodzę przez kilka dni do biura. Nie mam wyjścia. Na szczęście szef puszcza nas wcześniej do domu, jak zrobimy najpilniejsze rzeczy możemy iść, zazwyczaj 1-2 godziny wcześniej. Dobre i to. Na domowym posterunku został Mężu i teraz to on ogarnia towarzystwo. Junior ma już kryzys od tego siedzenia w domu, bo powoli ma dość nas wszystkich i mówi, że chce się pobawić sam, bez nikogo innego. W sumie mu się nie dziwię. Ileż można. Widać, że brakuje mu kolegów, szkoda mi go, ale pewnych rzeczy teraz nie przeskoczymy. Dopiero teraz człowiek widzi jakim luksusem jest zwykłe wyjście do sklepu i nawet nie zdawaliśmy sobie z tego kiedyś sprawy. Dziś wstałam rano do pracy, o dziwo wszyscy jeszcze spali i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zjadłam śniadanie i wypiłam gorącą kawę w ciszy i spokoju. Bez gadającej buzi, bez bajek w tle i bez małego pierdka łażącego po mnie. Niesamowite uczucie.
Ja też już coraz bardziej tęsknie patrzę na świat za płotem i za szybą samochodu. I tak mamy to szczęście, że możemy przebywać na zewnątrz we własnym ogrodzie ile chcemy jeśli pogoda pozwala. Wczoraj po południu wzięłam się trochę za wyrywanie chwastów. Pora już zacząć odgruzowywanie roślin po zimie, przynajmniej będzie można zająć się czymś innym niż gotowanie, pranie, sprzątanie i lekcje. Od tego siedzenia w domu naprawdę zaczyna mi się przestawiać w głowie, bo od jakiegoś czasu codziennie ćwiczę (no dobra, prawie codziennie :P), przeprosiłam się z orbitrekiem, a ostatnio - uwaga - kupiłam sobie buty do biegania. Ja. Zagorzały wróg biegania od szkoły podstawowej. Szok. I naprawdę mam plan biegać jak tylko zrobi się troszkę cieplej. Mam gdzie, bo bezludnych terenów jest u nas pod dostatkiem, więc spoko. W planie są jeszcze rolki, ale to już jak wypuszczą nas z domów choć trochę.
Zastanawiamy się jak rozwiązać kwestię świąt. Sami nie wiemy co robić, ale może być tak, że święta każdy spędzi u siebie w domu. W ogóle uważam, że w takiej sytuacji święta mogłyby być przesunięte na jesień, bo w takiej formie jak mają być w tym roku, to żadne święta, ale jest jak jest.
Dobra, trzeba się brać do roboty bo mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Miłego weekendu moje drogie. Nie dajcie się świrusowi.
Jak wszyscy rodzice dzieci szkolnych (przedszkolnych podobno też) uczymy się w domu. Nauczanie domowe to nie moja bajka i Juniora chyba też nie, ale co zrobić. Mimo tego, że to dopiero zerówka, tych zadań jest całkiem sporo i musimy się dość mocno sprężać, żeby się ze wszystkim wyrobić i nie mieć zaległości. Raz, że sześciolatek nie wysiedzi nad książkami i zadaniami niewiadomo ile, więc trzeba mu to rozsądnie dozować, a dwa, że oprócz nauki jest jeszcze praca, Lusia i gotowanie, sprzątanie itd. Także mimo "siedzenia" w domu nie ma nudy. Ja niestety w tym tygodniu muszę być w biurze, żeby pracownicy dostali wypłaty. Muszę zrobić raporty, rozliczyć marzec itp., a niestety nie mogę tego zrobić z domu, bo nie mam dostępu do niektórych programów. Więc udaję, że jest normalnie i chodzę przez kilka dni do biura. Nie mam wyjścia. Na szczęście szef puszcza nas wcześniej do domu, jak zrobimy najpilniejsze rzeczy możemy iść, zazwyczaj 1-2 godziny wcześniej. Dobre i to. Na domowym posterunku został Mężu i teraz to on ogarnia towarzystwo. Junior ma już kryzys od tego siedzenia w domu, bo powoli ma dość nas wszystkich i mówi, że chce się pobawić sam, bez nikogo innego. W sumie mu się nie dziwię. Ileż można. Widać, że brakuje mu kolegów, szkoda mi go, ale pewnych rzeczy teraz nie przeskoczymy. Dopiero teraz człowiek widzi jakim luksusem jest zwykłe wyjście do sklepu i nawet nie zdawaliśmy sobie z tego kiedyś sprawy. Dziś wstałam rano do pracy, o dziwo wszyscy jeszcze spali i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zjadłam śniadanie i wypiłam gorącą kawę w ciszy i spokoju. Bez gadającej buzi, bez bajek w tle i bez małego pierdka łażącego po mnie. Niesamowite uczucie.
Ja też już coraz bardziej tęsknie patrzę na świat za płotem i za szybą samochodu. I tak mamy to szczęście, że możemy przebywać na zewnątrz we własnym ogrodzie ile chcemy jeśli pogoda pozwala. Wczoraj po południu wzięłam się trochę za wyrywanie chwastów. Pora już zacząć odgruzowywanie roślin po zimie, przynajmniej będzie można zająć się czymś innym niż gotowanie, pranie, sprzątanie i lekcje. Od tego siedzenia w domu naprawdę zaczyna mi się przestawiać w głowie, bo od jakiegoś czasu codziennie ćwiczę (no dobra, prawie codziennie :P), przeprosiłam się z orbitrekiem, a ostatnio - uwaga - kupiłam sobie buty do biegania. Ja. Zagorzały wróg biegania od szkoły podstawowej. Szok. I naprawdę mam plan biegać jak tylko zrobi się troszkę cieplej. Mam gdzie, bo bezludnych terenów jest u nas pod dostatkiem, więc spoko. W planie są jeszcze rolki, ale to już jak wypuszczą nas z domów choć trochę.
Zastanawiamy się jak rozwiązać kwestię świąt. Sami nie wiemy co robić, ale może być tak, że święta każdy spędzi u siebie w domu. W ogóle uważam, że w takiej sytuacji święta mogłyby być przesunięte na jesień, bo w takiej formie jak mają być w tym roku, to żadne święta, ale jest jak jest.
Dobra, trzeba się brać do roboty bo mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Miłego weekendu moje drogie. Nie dajcie się świrusowi.
A wiesz, ze ja tez nie znosze biegac, ale pomyslalam, ze fajnie bedzie brac psa na "przebiezke" po osiedlu. Narazie jest jednak dla mnie za zimno, a pies zrobil sobie cos w noge i strasznie kuleje, wiec odpada.
OdpowiedzUsuńJa w sumie nie narzekam na codziennosc, chociaz prace robie po trochu i na wyrywki, bo Nik potrzebuje stalej pomocy w lekcjach. Niestety, wczoraj M. sie dowiedzial, ze mial w pracy stycznosc z czlowiekiem, ktory przyslal potem do pracy zawiadomienie, ze ma potwierdzone zarazenie covid-19. Teraz bedziemy dwa tygodnie czekac w stresie, czy maz sie zarazil. W tej sytuacji Swiat mi sie kompletnie odechcialo. U nas i tak byloby maksymalnie 6 osob, teraz beda 4, ale po prostu nie mam nawet ochoty niczego specjalnego gotowac. Bedziemy miec jajka, moze jakas babke upieke i dziekuje...
Ja nie planuje biegać z naszym psem, bo to grozi połamaniem wszystkich kończyn. Kiedy któeś z nas próbuje z nią biec, ona zaczyna biec tyłem pakując się co chwilę pod nogi biegnącemu, więc to bez sensu, lepiej biegać w pojedynkę.
UsuńU nas póki co spokój, najbliższy przypadek w naszej kolicy jest 10 km od nas.
Święta na 99% spędzamy sami w domu, chyba, ze ktoś się skusi i będzie chciał posiedzieć u nas w ogrodzie. Choć osobiście wolałabym nie. Pewnie i tak okaże się dopiero jak przyjdzie co do czego.
Wesolych Swiat, Kfiatushku!
OdpowiedzUsuńWzajemnie Agatko ��
UsuńMasz racje, takie Święta to nie Święta, zresztą już po nich...i dobrze, takie chwile trzeba puszczać w niepamięć. Jakoś miałam bardzo głupią nadzieję, że po Świętach zacznie wszystko wracać powoli do normalności...a tu jednak ciągle to samo. Mieliśmy zarezerwowany wyjazd nad morze na początku czerwca, ale właśnie go odwołałam, bo każdy mówił mi, że to i tak nierealne...Smutne ogromnie :-( Jak dalej żyć Kfiatuszku? My mieszkamy w domu wielorodzinnym, dlatego zastanawiam się nad wzięciem działki od Działkowców, bo coś wydaje mi się, że RODOS to jedyna realna opcja na te wakacje :-) Pozdrawiam Cię serdecznie
OdpowiedzUsuńPowiem Ci Aniu, że mam już serdecznie dość tej sytuacji. Też liczyłam na to, że po świętach zaczniemy wracać do normalności, ale nic z tego. Nam się w tym roku udało, bo w ferie mężu zrobił nam niespodziankę i byliśmy przez tydzień w Świnoujściu, więc morze mamy w tym roku zaliczone, na więcej się nie zapowiada, wakacje raczej spędzimy w ogrodzie za domem.
Usuń