Przejdź do głównej zawartości

Rowerowo, ogrodowo

Przymusowe spędzanie czasu na własnym podwórku, ewentualnie w pracy i w najbliższej okolicy poza swoją niezaprzeczalną upierdliwością, narastającą frustracja i chęcią wyrwania się dokądkolwiek ma jednak swoje plusy. Nie mówię tutaj o spędzaniu czasu razem z mężem czy dziećmi, bo to oczywiste, czasem aż za bardzo :P ale znaleźliśmy inny całkiem fajny pozytyw. Jak pisałam ostatnio zaczęliśmy jeździć całą rodziną na rowerach. Lusi, zapalonej rowerzystce, nie trzeba dwa razy powtarzać. Na hasło rower pierwsza biegnie do przedpokoju i pokazuje, żeby założyć jej kask, po czym wychodzi czekać przed garażem, najczęściej bez butów. Junior jeszcze do niedawna na hasło rower dostawał dreszczy i napadów paniki i gdyby mógł, zakopałby się pod podłogę, byle tylko na ten rower nie iść. My jako prawdziwie wyrodni rodzice, ciągnęliśmy go na rower na siłę, czy chciał, czy nie chciał. Niejednokrotnie przejażdżki mijały nam przy dźwiękach jęków pierworodnego, (że on nie chce, że nie będzie jeździć, a w ogóle to sprzedajcie ten rower) czy też ogólnie pojętego darcia paszczy z bliżej nieokreślonego powodu. Tak dla zasady. Aż w końcu jakieś dwa tygodnie temu widząc, że Junior ma już ciut lepszą kondycję i że da radę przejechać więcej niż do tej pory, zaczęliśmy za każdym razem zmieniać trasę i jeździć w miejsca, w których jeszcze do tej pory nie byliśmy. A jest ich koło nas całkiem sporo, bo na naszym odludziu dookoła oprócz domów przy naszej ulicy, są tylko pola i lasy. Pewnego dnia pojechaliśmy w stronę kamieniołomu, następnym razem nad rzekę do sąsiedniej miejscowości, w której odkryliśmy piękny malutki wodospad. A w ten weekend ruszyliśmy w las. W tym konkretnym lesie byliśmy już wiele razy, ale nie wiedzieliśmy, że da się go objechać dookoła. I tak w sobotę przejechaliśmy na drugi koniec lasu, dojechaliśmy do kolejnej wioski i wróciliśmy polną drogą przez sam środek morza rzepaku o zachodzie słońca. Ja jechałam na rzepakowym haju, bo uwielbiam ten zapach i do tego taaakie widoki, Mężu z Lusią w krzesełku, która zadowolona jest zawsze, kiedy jedzie rowerem i Junior w szoku, że na rowerze może być tak fajnie. A było fajnie bo: 1. widział sarnę z odległości 5 m, 2. znalazł tamę zbudowaną przez bobry, 3. jechał przez tereny, na których do tej pory nigdy nie byliśmy, mimo że codziennie widzimy je z okna. Żeby było śmieszniej tak mu się spodobało, że w niedzielę męczył nas przez pół dnia, żebyśmy pojechali tam jeszcze raz. Pogoda była niepewna, bo co chwilę się chmurzyło i kropił deszcz, ale jak już stwierdził, że ubierze bluzę z kapturem, a jak będzie padać, to będzie jechał pod parasolem, to musieliśmy pojechać zanim zmieni zdanie. A tu niespodzianka. Nie tylko zdania nie zmienił, ale jeszcze jechał jak zaczarowany - nie jęczał, nie stękał i zachwycał się tym co widział. Szok po prostu. Dla odmiany pojechaliśmy w drugą stronę i skręciliśmy w szeroką ścieżkę na skraju lasu. Sama byłam zachwycona, bo drzewa się zazieleniły, po deszczu ta zieleń jest taka intensywna i soczysta, że jechaliśmy w takim w zielonym tunelu. Objechaliśmy cały duży las dookoła, słuchaliśmy śpiewu ptaków, które odzywały się chyba wszystkie na raz łącznie z kukułką i dzięciołem. Wyjechaliśmy w punkcie wyjścia i co? Junior stwierdził, że było super, ale za krótko i jedziemy jeszcze raz. No to jedziemy, mi nie trzeba dwa razy powtarzać. Zrobiliśmy takie 3 rundki dookoła lasu, łącznie jakieś 8-9 km, co na chude nóżki Juniora to nie lada wyczyn. Wrócił mokrusieńki, ale taki z siebie zadowolony, że aż miło było patrzeć.

Oprócz tego doprowadziliśmy ostatnio ogród do porządku po zimie i nie mogę się na niego napatrzeć. Nie licząc mleczy i koniczyny na trawniku. Zakwitł już jeden rododendron, kolejne dwa pewnie zakwitną w ciągu najbliższych kilku dni, azalie też zakwitną lada dzień, trzmielina wzdłuż ścieżki przebarwiła się na taki piękny żółty kolor, że aż razi w oczy, no pięknie jest, co tu dużo mówić. W marcu ogołociłam naszą lawendę z suchych gałązek praktycznie do gołej ziemi i już pięknie mi odbija. Urosły już takie fajne zielone kopczyki, nie mogę się doczekać aż zakwitnie, pokażę Wam wtedy zdjęcie jak fajnie wygląda. Do tego te nasze widoki jak z pocztówki. No po prostu kocham to miejsce. Pytanie tylko ile będzie nam dane tak mieszkać i się nim zachwycać, bo jak już kiedyś wspominałam może być różnie. A wiecie dlaczego? Bo ten kraj jest durny. Ktoś mądry u władzy zdecydował o budowie drogi krajowej, spoko, czemu nie, drogi są przecież potrzebne, a to ma być inwestycja z północy Polski aż do czeskiej granicy, więc taka trochę "prestiżowa". Problem tylko w tym, że jeden z wariantów tej drogi... przebiega przez sam środek naszego salonu. I co to oznacza? Ano to, że jeśli ten wariant wygra, to mówimy sayonara i buldożery zrównają nasz dom i domy naszych sąsiadów z ziemią. Bo droga. Najpierw myślałam, że niemożliwe, przecież tu są domy, ale jak usłyszałam historię o osiedlu pod Łodzią, które ma być wyburzone przez budowę szybkiej kolei, to stwierdziłam, że w tym kraju wszystko jest możliwe. Tam będą burzyć 95 nowych domów, więc co to dla nich kilka czy kilkanaście naszych. To żadna przeszkoda. Stresowałam się tym niesamowicie, nie spałam po nocach, chodziliśmy z sąsiadami na spotkania z gminie, wysyłaliśmy opinie, ankiety itp, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że nasze nerwy na nic się zdadzą, bo nie mamy na to żadnego wpływu, Jeśli ktoś zdecyduje u władzy, że ta droga ma tędy iść to pójdzie, czy nam się to podoba czy nie. Mam nadzieję, że jednak nie i że zostanie wybrany inny wariant, bo nie uśmiecha mi się zaczynanie wszystkiego jeszcze raz od nowa. W lipcu mają być znane jakieś bliższe szczegóły, które warianty są brane pod uwagę i mam nadzieję, że tego naszego już nie będzie. Czas pokaże. Ale to jest sprawa, która przez kilka miesięcy spędzała mi sen z powiek i która kosztowała mnie tak wiele nerwów.

Jak nie pisałam, tak nie pisałam, a teraz dostałam weny i wrzucam posty dzień po dniu :P Ciekawe jak długo się to utrzyma :P
Miłego dnia dziewczyny

Komentarze

  1. Trzymam kciuki, zeby ktos w koncu przejrzal na oczy, ze nie mozna tak po prostu wysiedlic ludzi bo ktos sobie akurat tam wymyslil autostrade!

    Fajnie, ze Junior chwycil bakcyla rowerowego. Nasz Nik to tez taki zapaleniec. Najlepiej z rowera by nie schodzil. Z Bi juz troche gorzej. Niby wyrusza chetnie, ale juz z gory ustala trase, oczywiscie jak najkrotsza. A niech no ktos zaproponuje, zeby skrecic gdzies dalej i zrobic wieksze koleczko... Jest jek, czasem ryk, a do domu panna zajezdza z fochem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może niedlugo dowiemy się, który wariant został wybrany. Mam nadzieję, że nie ten "nasz" choć w sumie wolałabym już takie rozwiązanie niż gdyby ta droga miala isc 100m od nas i slyszelibysmy non stop szum aut, a z ogrodu moglibysmy je liczyć.

      U nas jest tak samo jak Junior ma slabszy dzien. Ale ile człowiek spala wtedy kalorii przez ciagle uzeranie się z jego fochami :P

      Usuń
  2. Takie rodzinne wycieczki rowerowe- super sprawa. My dużo spacerujemy ostatnio.

    Kurczę, oby ten wariant z drogą przez wasz salon nie przeszedł. Masakra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak.
      Ja też mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale nie mamy na to żadnego wplywu

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...