Ostatnia sobota nie należała do spokojnych. Całkiem niedawno o takiej wichurze pisała Agata, a teraz padło na mnie.
Dzień zapowiadał się całkiem spokojnie. Od rana pogoda może nie zachwycała, ale nie było też najgorzej. Wstaliśmy rano, na spokojnie i bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie, później wzięliśmy się za sprzątanie domu i tak nam zeszło do obiadu. Po obiedzie szybka kawka, chwila odpoczynku i Mężu poszedł na górę powiesić Juniorowi telewizor na ścianie, bo zabierał się do tego już dość długo. Ja w tym czasie załadowałam zmywarkę i jakoś tak odruchowo spojrzałam w okno. Na horyzoncie zaczęło się robić granatowo, ale o tej porze roku to nic nadzwyczajnego. Poszłam na górę zdjąć pranie z balkonu, żeby mi nie zmokło i jeszcze powiedziałam do Męża, że skoro tak wieje, to może burza przejdzie bokiem. Otóż nie przeszła. Kiedy schodziłam po schodach zaczęło padać. Poszłam do salonu, wzięłam pilota i zaczęłam zamykać po kolei rolety w oknach. Pierwsza jest w takim wielkim oknie 2x3m. Zamknęłam ją i jedne drzwi prowadzące na taras, stanęłam w drugim oknie i zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze zdążę wyjść na zewnątrz, żeby poskładać krzesła na tarasie. Stałam w tym oknie może 15 sekund i w tym momencie u sąsiada 2 domy dalej wiatr zerwał dach (albo raczej coś sklecone z odpadów, co miało przypominać dach) z kojca dla psa. Duży i ciężki dach. I ten dach poleciał prosto w naszą stronę. Najpierw zahaczył o tuje i połamał 3 słupki podtrzymujące siatkę, później skosił huśtawkę, zjeżdżalnię i drewniany domek dzieciaków, później poleciał prosto w to wielkie okno, w którym na szczęście zdążyłam zamknąć roletę 1 minutę wcześniej i zatrzymał się na tujach na drugim końcu naszego ogrodu. Gdybym jednak wyszła na taras poskładać krzesła, ten nieszczęsny dach walnąłby prosto we mnie i nie wiadomo czy byłoby co zbierać. Normalnie oszukać przeznaczenie jak nic. Wichura i ulewa trwała jakieś 10-15 minut, ale wyrządziła tyle szkód, że głowa mała. Połamane trampoliny, rozbite ogrodzenia, blaszany garaż sąsiadów, którzy dopiero się budują wylądował dwie działki dalej, połamane drzewa. Armageddon. U nas skończyło się na połamanym placu zabaw dzieci, przeciętej rolecie w tym dużym oknie, dziurze w elewacji i rysach na tynku na ścianie i połamanych słupkach w ogrodzeniu. Na szczęście "tylko" tyle. W okolicy ludzie mieli o wiele gorzej, bo w wielu domach pozrywało dachy, domy są pozalewane, połamane drzewa uszkodziły samochody...Coś strasznego. Przez kolejne 3 godziny byliśmy bez prądu. U nas włączyli dość szybko, ale w okolicy niektórzy nie mieli go przez kolejną dobę.
Następnego dnia pojechaliśmy do rodziców i przy okazji objechaliśmy miasto dookoła, żeby zobaczyć co tam się stało. Drzewa powyrywane z korzeniami, połamane ogromne gałęzie, zalany cmentarz, 4 duże maszty przed marketem przewróciły się prosto na ulicę i chodnik. Całe szczęście, że akurat nikt tamtędy wtedy nie przejeżdżał, ani nie przechodził. Wczoraj czytałam, że tego dnia na same drogi powiatowe przewróciło się 250 drzew, z czego 100 tylko na jedną drogę prowadzącą przez las na odcinku może 1km. Także tego...
Różne wichury już widzieliśmy na naszym wygwizdowie, ale czegoś takiego to jeszcze nigdy i mam nadzieję, że prędko nie zobaczymy. A najlepiej nigdy, bo to było straszne. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a domy powoli się naprawi.
Oprócz ekstremalnych przeżyć życie wróciło na właściwe tory. Lusia chodzi do żłobka, Junior do szkoły, my do pracy i wszyscy jesteśmy zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Co prawda Lusia sprzedała mi już pierwsze przeziębienie w tym sezonie - ona wygrzebała się ze swojego w dwa dni, przez weekend i w poniedziałek mogła normalnie iść do żłobka, ale za to ja się męczę do tej pory. Co prawda wychodzę już na prostą, ale nastawiam się psychicznie, że tak teraz będzie. Pamiętam jak Junior zaczął przygodę z przedszkolem - łapałam od niego wszystko co tylko możliwe, a wiadomo, że z przedszkola dzieci przynoszą najgorsze parchy. Każdy katar Juniora = mój katar i wypluwanie płuc, bo musiałam mu ściągać gluty fridą. Moja męka skończyła się w momencie, kiedy Junior nauczył się porządnie wydmuchiwać nos. Wtedy jak ręką odjął, ja tez przestałam chorować. Teraz widzę, że czeka mnie powtórka z rozrywki, ale patrząc na to, że Lusia szybciej wszystko załapuje, może i wydmuchiwanie nosa szybciej ogarnie. Oby, bo biedna będę :P A że teraz strach gdziekolwiek kichnąć czy kaszlnąć to już w ogóle podwójna męczarnia :)) Uciekam do domu, odezwę się niebawem.
A propos Fridy, polecam Katarek- urządzenie podłącza się do odkurzacza, świetnie wyciąga gile choć dzieci go nienawidzą😉
OdpowiedzUsuńZnam opinie o katarku i wszyscy go polecają, ale z frida jakoś mi wygodniej, bo nie trzeba sie tarabanic z calym odkurzaczem, żeby wydmuchac nos
UsuńKurcze, nie wiem jak to jest, ale mimo, ze moje Potworki juz od kilku lat chodza do "placowek", ja nadal lapie od nich kazda zaraze, ktora do domu przywloka! :D
OdpowiedzUsuńA wiatr... wspolczuje. Mialam okazje przekonac sie jaka to straszna sila. I tak jak Wy, nigdy wczesniej czegos takiego nie widzialam i widziec wiecej nie chce. Dobrze, ze nie wyszlas wtedy z domu, bo moglo sie skonczyc tragicznie...
U nas byl względny spokój jak skończyła się przygoda z fridą. Nie żebym w ogóle nic nie łapała, ale na pewno zdecydowanie mniej niż w czasach odciągania glutów.
UsuńTak, taka wichura to potęga i mam nadzieję, że więcej czegoś takiego nie zobaczymy. Dokładnie, gdybym wtedy wyszła, mogłoby mnie już tutaj nie być.