Przejdź do głównej zawartości

Sprintem do maratonu, czyli szaleństwo o poranku

Za nami prawie dwa miesiące w szkole i żłobku i można powiedzieć, że wpadliśmy już w jako taką rutynę. Ponieważ Mężu zaczyna pracę trochę wcześniej niż ja (kończymy zazwyczaj podobnie), to cały ciężar porannego kołowrotka spada na mnie. No jakże mogłoby być inaczej. Wstajemy o 6:10, tzn dzieciaki mogłyby jeszcze spokojnie spać, ale przecież kto by spał skoro rodzice już wstali, jeszcze coś by ich ominęło i co wtedy. Najpierw idę się ogarnąć do łazienki, później schodzimy na dół na śniadanie i obowiązkową kawkę. Tak docieramy do godziny 7:00 we względnym spokoju, bo każdy na swój sposób musi się dobudzić i wtedy zaczyna się jazda. Kiedy idę do łazienki, żeby się pomalować, Lusia oczywiście musi mi towarzyszyć. A jak możecie się domyślić jej towarzystwo wtedy łatwe nie jest. Jednym okiem staram się patrzeć na to co robię ze swoją twarzą, co by chociaż mniej więcej przypominać człowieka, a drugim obserwuję Lusię, która MUSI  grzebać w koszyczku z kosmetykami i wyciągać wszystko po kolei, przy okazji rozwalając niektóre rzeczy. Ostatnio w taki sposób pożegnałam się z pudrem.

Później trzeba się przebrać z piżam w bardziej wyjściowe stylówki i o ile Junior sam ogarnia temat, tak z Lusesitą jest wieczna walka. Bo przecież to takie zabawne uciekać po całym domu z majtkami brata, które zamierzał ubrać albo ogólnie uciekać, żeby tylko mama nie dała rady dziecka ubrać. I tak jest już do samego wyjścia z domu, kiedy to przeważnie mam już ochotę wrzeszczeć, bo moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Przez kolejnych 5 minut jest spokój, bo mniej więcej tyle trwa jazda do żłobka. Przed żłobkiem zaczyna się akrobatyka na najwyższym poziomie, bo trzeba zaparkować, a parking z gumy nie jest. Zawsze sobie powtarzam, ze jutro musimy wyjechać te 5 minut wcześniej, żeby zaparkować na spokojnie i uniknąć całego wariactwa, ale jeszcze nam się nie udało :P o 7:40 meldujemy się przed drzwiami budynku. W środku idzie bardzo sprawnie, bo o tej porze raczej jesteśmy w szatni sami. Poza tym Lusia akurat chętnie współpracuje, bo spieszy się do dzieci. Około 7:45 pakujemy się do auta i jedziemy do szkoły, na szczęście to bardzo blisko i po jakichś 5 minutach jesteśmy na miejscu. Tam też każdego dnia sznur samochodów. Na początku ambitnie odprowadzałam Juniora pod same drzwi, ale teraz Junior jako zaprawiony w boju uczeń wysiada przy chodniku przed samym wejściem i biegnie sam, a ja mogę w końcu "spokojnie" jechać do pracy. Przecież mam na to PRAWIE 10 minut :))

Kiedy docieram do biura jestem już tak wypruta, że jedyne co, to mam ochotę iść do domu. A następnego dnia powtórka.

Poza codziennym szaleństwem mamy się całkiem nieźle. Co prawda zdążyliśmy już zaliczyć zapalenie Lusiowego ucha, raz pani zadzwoniła, żeby ją odebrać, "bo ma katar"... a tak to jest ok. Lusia do żłobka chodzi bardzo chętnie, biegnie jak na skrzydłach. Junior ma taki charakter, że musi sobie pomarudzić dla zasady, ale do szkoły lubi chodzić i naprawdę świetnie sobie radzi. Nazbierał już mnóstwo ocen, wiele z nich pewnie na zapas, gdyby szkoła została zamknięta. Nawet nie chcę o tym myśleć, bo jak tylko przyjdzie mi do głowy, że możemy mieć powtórkę z rozrywki z tego co było od marca, to słabo mi się robi. Kolejne kombinacje z opieką, z nauką, pracą zdalną itd. Na wszelki wypadek zostawiłam sobie trochę urlopu, żeby go wykorzystać w razie czego. Oby jednak nie był potrzebny. Niech ta korona da nam wreszcie święty spokój, bo na dłuższą metę tak nie pociągniemy.

Miałam jeszcze napisać o imprezie, którą mieliśmy w ostatnią sobotę, ale o tym już następnym razem ;)

Komentarze

  1. Jestem wstrętna matka. Budzimy ich o 6.20, a o 7.10 najpóźniej jest wymarsz, bo na 7.25 do szkoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla moich karą byłoby wstać o 6:20, bo to dla nich za późno :P

      Usuń
  2. Moje dzieciaki zazwyczaj wstaja przede mna. :)
    Potworki sa juz starsze, wiec przynajmniej same jedza, ubieraja sie i szykuja do wyjscia, ale za to czesto sie "zawieszaja" i snuja po domu bez celu, albo znienacka zaczynaja sie bawic (w majtkach i jednej skarpetce na nogach :O) i bez ciaglego przypominania i przywolywania do porzadku, nie wiem na ktora wybraliby sie do szkoly. ;) Tez nieraz konczy sie tak, ze zaczynam wrzeszczec, kiedy maja wyjatkowo rozbrykany poranek i przypominanie po raz drugi, trzeci, piaty nie dziala. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo u Juniora zabawa w najmniej odpowiednim momencie w majtkach i jednej skarpetce to standard :P
      Moi wstają o 6 codziennie, bez względu na to czy jest weekend czy środek tygodnia. Kiedyś się za to zemszczę :P

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...