Przejdź do głównej zawartości

Covidowa rzeczywistość level 2.0

 Mam deja vu... Nauka zdalna level 2.0 Kiedy usłyszałam, że dzieci z klas 1-3 idą na naukę zdalną nie wytrzymałam i po prostu się rozpłakałam. Dwa miesiące spokoju, dwa miesiące bez planowania i układania grafików, dwa miesiące bez kombinowania kto zostanie z dziećmi i mamy powtórkę z rozrywki. Nie łudzę się, że prędko wrócą do szkoły. Ręce mi opadły całkowicie. Co ja mówię - wszystko mi opadło. Nasz szef to taki dziwny typ człowieka, który uważa, że człowiek podczas pracy zdalnej nie robi kompletnie nic. A prawda jest taka, że praca zdalna jest sto razy trudniejsza od stacjonarnej. W biurze człowiek może w spokoju zabrać się za to, co ma do zrobienia, może się skupić i nie musi co pięć minut być kucharką, kelnerką, nauczycielką, mediatorką i etatowym pracownikiem w jednym. Dlatego nie wiem jak będą wyglądały najbliższe tygodnie. Będę cisnąć o pracę zdalna ile się da, mam jeszcze trochę urlopu odłożonego na czarną godzinę, ratuje nas moja mama, która co drugi tydzień pracuje zdalnie i jakoś będziemy musieli sobie poradzić. Opieka "covidowa" też średnio wchodzi w grę, bo jest problem z zastępstwem, szczególnie w pierwszej połowie miesiąca. Trudno, jakoś musimy sobie poradzić, nie mamy innego wyjścia, choć na dłuższą metę tego nie widzę.

Poza tym na szczęście jesteśmy zdrowi. Mnóstwo naszych sąsiadów zostało ukoronowanych, praktycznie w co drugim domu ktoś ma covida. Do nas na szczęście jeszcze nie dotarł. W tamtym tygodniu przeszliśmy z Juniorem coś na kształt łagodnej jelitówki. Juniora tylko w jeden wieczór trochę bolał brzuch, za to ja od wtorku aż do tego poniedziałku ledwo żyłam. W zasadzie u mnie też ograniczyło się to tylko do bólu brzucha. Tylko albo aż, ale dało nieźle w kość. Dwa dni miałam wyjęte z życiorysu, wracałam z pracy, zalegałam na kanapie albo na łóżku i tak do wieczora. Na samą myśl o jedzeniu miałam odruch wymiotny, zasypiałam na siedząco. Tak bolał mnie żołądek, że miałam obolały praktycznie cały brzuch, przez tydzień prawie nic nie jadłam, za to w poniedziałek jak ręką odjął i jestem głodna jak wilk :P A najlepsze jest to, ż rozmawiałam dziś z sąsiadką. Ona i dwie jej córki mają koronę. Ona kaszle i jest od tygodnia na antybiotyku, jedna córka nie miała smaku i węchu (już ma), a druga córka - uwaga - ból brzucha i biegunka. Także tego... :)

Pomijając koronowaną rzeczywistość, ostatnio z mężem jakoś wchodzimy w świąteczny nastrój. Ja zdążyłam obejrzeć już 3 świąteczne filmy na Netflixie, a mężu wczoraj robił jakiś raport do pracy w rytm Last Christmas itp... We wtorek w drodze do pracy widziałam już dom ze świątecznymi lampkami na balkonie... To jednak dla mnie zdecydowanie za wcześnie. Oprócz tego dni mijają nam dość podobnie, jak zwykle i oby tak dalej. Nawet dzisiejszy piątek trzynastego mija nad podziw spokojnie. Zresztą ja zawsze uważałam ten dzień za wyjątkowo szczęśliwy, zwłaszcza, że dokładnie 22 lata temu, również w piątek 13.11. spełniło się moje marzenie, koncert, o którym śniłam po nocach ;)

A napiszę Wam coś jeszcze. Zanim covid pokrzyżował plany wielu przyszłym parom młodym byliśmy jeszcze na pewnym weselu. Oprawa ślubu piękna, wesele takie sobie, ale nie o to chodzi. Pierwszy raz byłam na ślubie  i weselu, na którym przez cały czas uważałam i nadal uważam, że Panna Młoda zrobiła największy błąd w swoim życiu. Nawet Mężu, który zawsze jest ostatni do takich przemyśleń stwierdził, że jego zdaniem to się nie uda. Niby piękna chwila dla Młodych, a my w środku czuliśmy bezsilność. Oni są ze sobą bardzo krótko, ale to nie ma żadnego znaczenia. Znam pary o krótszym stażu przed ślubem, które są ze sobą szczęśliwe i takie, które po wielu latach razem, skaczą sobie do gardeł praktycznie od dnia ślubu. Tu bardziej chodzi o to, że Młoda tak podporządkowała się swojemu już-mężowi, że głowa mała. Kompletnie do siebie nie pasują, widziałam po twarzach innych gości, że też byli trochę sceptyczni. On jest totalnie oderwany od rzeczywistości, a ona traktuje go jak jakąś wyrocznię w każdej sprawie. Wcześniej to była dziewczyna twardo stąpająca po ziemi, zaradna i mająca głowę na karku. Odkąd jest z nim zmieniła się nie do poznania. To nie ta sama dziewczyna, co jeszcze powiedzmy rok temu. Jakby ją ktoś podmienił. I szczerze mówiąc uważam, że nie zmierza to w dobrym kierunku. W dodatku on to ten typ, który jest strasznie nastawiony na religię. Żeby było jasne - nie mam nic przeciwko religii, sami jesteśmy wierzący, ale w tym konkretnym przypadku z lekka zalatuje fanatyzmem. A to moim zdaniem nie jest dobre, bo ci którzy mają się za świętych (we własnym mniemaniu) zazwyczaj mają najwięcej za uszami. Od tego ślubu minął miesiąc, a ja do dziś zastanawiam się jak to się potoczy dalej, ale nie wróżę temu związkowi happy endu. Obym się myliła...

Komentarze

  1. Powiem Ci, ze jakbym dostala wiadomosc, ze moje Potworki przechodza na nauczanie zdalne (a to tylko kwestia czasu, zaloze sie o milionik, ktorego nie mam ;P) tez bym sie poplakala. Z jednej strony jestem w lepszej sytuacji, bo w tej chwili i tak pracuje glownie z domu. Z drugiej, praca z dziemi przy boku, kiedy ktores cos co chwila chce, ma problemy techniczne, przerwy kiedy jeczy ze nie ta przekaska, nudzi mu sie, siostra/brat bije/szczypie/przezywa, itd., to zadna praca...
    W zeszlym tygodniu Bi smarkala 3 dni, w tym smarkam ja. Juz piety dzien i choc rano nos mam zawalony, to w dzien jest ok. Normalnie nie zwrocilabym na to uwagi, teraz zastanawiam sie, czy to nie korona. ;) Jak narazie, w naszym otoczeniu nie slyszalam o nikim ukoronowanym. Moja kolezanka jest na kwarantannie, ale dopisana do niej zostala tak troche na sile (bo sama chciala; niektorym pracowac sie nie chce). Bedzie numer jak test wyjdzie jej pozytywny. :D
    Ja sie bronie przed ta swiateczna atmosfera jak moge, bo wiem, ze jak teraz sie uslucham piosenek i naogladam dekoracji, to na Swieta mam juz przesyt i ochote, na amerykanska modle, wywalic wszystko w pizdu pierwszego dnia po Swietach. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasem chciałabym pracować zdalnie, bo nie musialabym wtedy myslec i kombinowac co zrobic z dziećmi, kto z nimi zostanie itd., ale mój szef jest dziwny. Tak czy siak bede próbować. Albo modlić się, żeby dzieci wróciły do szkoły. Tak byłoby najlepiej.

      Kilka osób z naszych znajomych jest juz po covidzie, na szczęście wszyscy przeszli łagodnie, zazwyczaj kończyło się na utracie smaku i węchu, ewentualnie na kaszlu. Tylko jedna znajoma wylądowała z antybiotykiem. Jeśli i nas dopadnie, oby tez tylko tak się to objawiło.

      Ja osobiście też nie lubię świątecznej atmosfery zbyt szybko, przegięciem jest ogrom świątecznych dekoracji od połowy listopada, bo zanim przyjdzie co do czego, na nikim nie robią już wrażenia. Ale w tym roku jakoś wyjątkowo już chce mi się tych świąt. Może po to, żeby poczuć jakąś namiastkę normalności.

      Usuń
  2. Coraz więcej osób choruje... Prędzej czy później zachorujemy sami lub nasi bliscy... Co do pary.. Może będzie chleb a może tak jak piszesz, wszystko się rozpadnie. To przykre kiedy zatracamy siebie w związku z inną osobą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że prędzej czy później covid nas nie ominie. Oby obszedł się z nami łagonie w razie czego.

      Para - no cóż... tak jak pisałam mam co do nich bardzo mieszane uczucia. Oby im się udało, jeśli jest im ze sobą dobrze, ale osobiście jakoś tego nie widzę. Albo będzie tak, że będą razem, ale on ją całkowicie zdominuje. Smutne, ale co zrobić

      Usuń
  3. U nas nauka zdalna pokryła się z naszym zachorowaniem na covid więc nawet dobrze bo Maciek nie ma zaległości i nieobecności. A chorowalismy równy miesiac :/
    Mam nadzieje że uda sie wam sprawnie wymieniac opieką. A w ostateczności bierz zwolnienie. Teraz wystarczy na teleporadzie powiedzieć że masz 38 stopni i bez problemu lekarz wypisze tydzien chorobowego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to i Was dopadło. Mam nadzieję, że korona obeszła się z wami łaskawie.
      To jest chyba jedyna zaleta tego zdalnego nauczania, że w razie czego dziecko nie ma zaległości.

      Usuń
    2. Przeżyliśmy ;)
      Bardzo podobnie do grypy. Ja miałam niesamowity ból głowy przez tydzień i bóle mięśni. Gorączka tylko 38, ale cały czas na przeciwbólowych bo nie zwlekłabym się z łóżka. Dzieci podobnie. Fausty0nka miała 39 stopni przez kilka dni. Maciek wymiotował. Męża nic nie bolało ale miał 38 stopni prz0ez tydzień i się mało psychicznie nie wykończył (ten typ co z katarem umiera 😛). Wszyscy straciliśmy węch i smak, ale dzięki temu dzieci zaczeły pic tran, więc nie ma tego złego

      Usuń
    3. Najważniejsze, że wszystko jest ok. To teraz regenerujcie siły :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...