Przejdź do głównej zawartości

Remanent

 Zastanawiałam się nad tym, co pisałam ostatnio i kurcze... 11 lat to tak naprawdę 1/3 mojego życia. Kawał czasu. A najbardziej widać to po tym ile się u nas zmieniło w dnia, w którym napisałam po raz pierwszy. Szok. Niby człowiek na co dzień widzi upływający czas, ale jakoś szczególnie się nad tym nie zastanawiamy, dopiero w takich przypadkach można na sekundę się zatrzymać i pomyśleć "hej, to już tyle minęło?" Ano minęło. Ale podoba mi się ten moment, w którym teraz jestem. Pewnie, czasem chciałoby się wrócić to jakichś fajnych chwil sprzed iluś tam, ale przecież teraz też jest fajnie, mimo że czasami pod górkę. Ale kiedy nie jest? :)

Nie wiem czy kiedyś Wam wspominałam (pewnie tak, ale w pewnym wieku pamięć zaczyna już szwankować :P), że jakiś czas temu postanowiłam zrobić wielką inwentaryzację w mojej liście kontaktów, ale tych życiowych, nie w telefonie. Otóż jestem albo raczej byłam takim typem głupiego człowieka, który zawsze starał się być w kontakcie z rodziną i znajomymi. To ja byłam zawsze pierwszą osobą, która pisała smsa z pytaniem co słychać, co u was, może się spotkamy, może wpadniecie na kawę itp. Odpowiedź dostawałam, spotykaliśmy się, ale problem w tym, że to zawsze działało tylko w jedną stronę. Jeśli ja nie zapytałam co słychać, druga strona nie pytała, jeśli nie zaproponowałam spotkania, druga strona nie proponowała. Nie mówię, że tak było ze wszystkimi, ale ze zdecydowaną większością. Wiadomo, czasy są jakie są, praca, dom, dzieci i czasu brakuje na wszystko. Ale zawsze uważałam i nadal uważam, że czas na zadanie krótkiego pytania "Co u Ciebie?" znajdzie się zawsze. I tak pewnego dnia podjęłam decyzję, że koniec z tym. Dlaczego to ja zawsze mam być tą pierwszą, która pyta, dzwoni, proponuje? Nie. Więcej nie będę. Nie chodziło nawet o jakiś bunt sam w sobie czy coś takiego, ale zwyczajnie głupio było mi ciągle się komuś narzucać z pytaniami. Przynajmniej ja to tak odczuwałam. No więc przestałam. Trochę z takiego wewnętrznego buntu, a trochę z ciekawości czy ktoś coś zauważy i czy ktoś sam się odezwie. I powiem Wam, że absolutnie nie żałuję tego kroku. Może to trochę głupie, bo w sumie wyszło jak jakiś test, ale bardzo mi się przydał. Taki krok zweryfikował moje znajomości, bo kilka osób nie odezwało się do tej pory i raczej już się nie odezwie. Mogłam się przekonać komu tak naprawdę zależy i z kim naprawdę chcę utrzymywać kontakt, z kim ten kontakt był jednak wymuszony i w zasadzie nikomu niepotrzebny. I wiecie co? Naprawdę dobrze mi z tym. Wiem, że osoby, z którymi jestem w kontakcie naprawdę tego chcą, a nie odpowiadają grzecznościowo. Jak to mówią nie to nie, nic na siłę. Chociaż ostatnio i tak było hitem to, że moja mama spotkała mojego kuzyna, po dość długim czasie i on jej powiedział, że nawet nie może nas odwiedzić - uwaga - bo ja się nie odzywam. No nie odzywam się, bo ileż można. Helooooł... masz telefon, znasz numer, znasz adres? Voila! Żadna filozofia.  Był moment, że miałam wielką ochotę mu to napisać, ale stwierdziłam, że nie ma sensu. Jakoś nie mam ochoty słuchać głupich tłumaczeń albo sama się tłumaczyć dlaczego się nie odzywałam. Masz ochotę, zadzwoń sam, prosta sprawa.

A tak z innej beczki. Pamiętacie jak kiedyś pisałam, że nie podaję na blogu żadnych szczegółów o sobie, nie publikuję zdjęć itp, bo chcę być mimo wszystko anonimowa, a pewnego pięknego dnia i tak pewnie trafi tu ktoś z moich znajomych? I proszę, ten dzień nadszedł :) Trafił tu ktoś znajomy ;) ale akurat ta osoba absolutnie mi nie przeszkadza :) Ty wiesz, że mówię o Tobie ;)



Komentarze

  1. Czasem warto zrobić dokładny rekonesans

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ja to zrobiłam i nie żałuję ani trochę

      Usuń
  2. Nie mam pojecia jak ktos znajomy w ogole rozpoznal Cie po tekstach na blogu. :) Ja zdjecia wrzucam, choc zawsze wydawalo mi sie, ze jestem ostrozna, nie pisze dokladnie gdzie mieszkam, zamazuje nazwe miejscowosci oraz inne, po ktorych ktos moglby dojsc skad jestem, itd. A ostatnio dostalam maila od czytelniczki, ze rozpoznala moje miasteczko! No kurna! Nie mieszkam w wielkiej metropolii, jak Nowy Jork czy Boston, a jednak znalazl sie ktos, kto zna moje zadupie! :O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się nad tym zastanawiałam, ale chyba już wiem. Wydaje mi się, że skojarzyła pewien szczegół o którym niedawno pisałam :)

      Jak widać dla chcącego nic trudnego, a czasami wystarczy zwykły przypadek.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witajcie w 2012 roku :)

Po długiej przerwie w końcu jestem :) Dużo się działo przez ostatnie dni i nawet nie miałam czasu zaglądać na bloga. Ba! Od świąt nawet nie dotykałam komputera, co uważam za wielki sukces. Taka przerwa dobrze mi zrobiła. Nadrobiłam już zaległości na Waszych blogach, choć niestety nie zdołałam dostać się na wszystkie ze względu na wprowadzone blokady :((( Naprawdę wielka szkoda, bo naprawdę lubiłam zaglądać w te blogowe światy, ale cóż... tak bywa. Co u mnie? Hmm... może zaczniemy od początku. Święta... Jak co roku minęły zdecydowanie za szybko. Było naprawdę miło i przyjemnie. Wigilię ostatecznie spędziliśmy trochę u moich Rodziców, a trochę u Teściowej i było naprawdę bardzo miło. A za 2 lata urządzimy ją u siebie. W tym roku w kilku względów nie będzie to jeszcze możliwe, ale za 2 lata obowiązkowo będzie w naszym domu :) Najedliśmy się za wszystkie czasy, jak zwykle obejrzeliśmy Kevina :P i przed północą ruszyliśmy na Pasterkę. Było całkiem fajnie, choć nie jest już tak pięknie jak b...

Dołek

 Mam ostatnio jakiś kiepski czas. Sytuacja na świecie jaka jest każdy wie i to też nie ułatwia sprawy. Gdyby spojrzeć z boku każdy powiedziałby "czego babo chcesz? Masz rodzinę, zdrowe dzieci, pracę, własne cztery kąty... czego się doszukujesz na siłę?". No właśnie jak to mówią pozory często mylą. Moja IO często wpędza mnie w dołki, kiedy nie mam ani sił ani ochoty kompletnie na nic. Waga ani drgnie mimo diety, a to dołuje jeszcze bardziej. Dwa tygodnie temu miałam mały wypadek. Kiedy wracałam z pracy facet we mnie wjechał. W moje drzwi. Tirem. Na szczęście skończyło się na rozbitym boku samochodu. Czekamy na naprawę w serwisie. Auto się naprawi, ważne, ze jechałam sama, bo byłam dopiero w drodze po dzieci i że nikomu nic się nie stało. Facet przepraszał milion razy, słońce go oślepiło i mnie nie widział. Zdarza się, trudno. Ale szczerze mówiąc najbardziej dołuje mnie to, że ze starym mamy ostatnio jakoś pod górkę. Tak związkowo, między nami. Jest wiele powodów, mniejszych i ...

Jestem

Jesteśmy i mamy się dobrze. Ostatnio tyle się dzieje, że momentami nie nadążamy, tak nam dni uciekają. A lada dzień będzie jeszcze gorzej jak przystąpimy do projektu "nasze gniazdko - pozimowa reaktywacja", ale to dobrze, bo bardzo długo na to czekaliśmy. Swoją drogą musimy teraz spiąć poślady i sprężać się z robotą mając Maluszka w drodze :) Nie chcę mówić na pewno, ale wiosna chyba powoli zaczyna się i u nas. Jest pięknie - słońce, ciepełko (no z tym to może przesadzam, ale to już nie -5 jak to było jeszcze w tamtym tygodniu, wiec jest git) i mam nadzieję, że już tak zostanie, bo w tym roku zima ciągnie mi się niemiłosiernie. Ale to chyba tak zawsze jest jak człowiek na coś czeka. A co u nas? (jak to fajnie brzmi :) ) Wydaje mi się, że wychodzimy już na prostą z mdłościami. Nie latam już jak poparzona w wiadomym celu do toalety, owszem ciągle jeszcze mnie mdli, ale już naprawdę bardzo delikatnie. Choć dalej uparcie trzymam się wersji, że kawa mielona mogłaby dla mnie znikną...